Kategorie
Literatura

Katharsis w Warszawie

Spotkanie z profesorem Andrzejem Szczeklikiem, autorem książki Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki, odbędzie się w środę 27 listopada o godzinie 17.00 w sali projekcyjnej (nr 256) Biblioteki Uniwersyteckiej przy ul. Dobrej 56/66 w Warszawie.

Fragment noty wydawniczej

„Prof. Andrzej Szczeklik, światowej miary uczony, a zarazem lekarz praktyk, w pasjonującym eseju odsłania istotę medycyny, jej związki ze sztuką, intuicją i najgłębszymi pokładami wyobraźni, jej niezwykły współczesny rozwój, jej stare i nowe dylematy.”

Książka z przedmową Czesława Miłosza ukazała się nakładem Społecznego Instytutu Wydawniczego Znak.

opr. wodnica

Kategorie
Literatura

O Afganistanie w Klubie Księgarza

Spotkanie z Wojciechem Jagielskim poświęcone jego najnowszej książce Modlitwa o deszcz odbędzie się w czwartek 28 listopada w Klubie Księgarza na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Rozmowę z autorem poprowadzi Witold Bereś, fragmenty książki przeczyta Zbigniew Zapasiewicz.

Wojciech Jagielski uczestniczył we wszystkich najważniejszych wydarzeniach historii Afganistanu ostatniej dekady. Obserwował narodziny i upadki tamtejszych reżimów, był świadkiem krwawych rebelii i bratobójczych wojen. W książce Modlitwa o deszcz opisał swoje doświadczenia, łącząc znakomity reportaż z przejmującą opowieścią o utopii, która od stuleci każe Afgańczykom odrzucać wszelkie kompromisy i żyć w rytm kolejnych wojen.
Nota wydawnicza

Modlitwa o deszcz jest owocem jedenastu podróży Wojciecha Jagielskiego do Afganistanu odbytych między wiosną 1992 roku a jesienią roku 2001. W świecie i w czasach zdominowanych przez kompromis, ewolucję i pogodzenie się z przykrym odkryciem, że rzeczywistość daleko odbiega od wyobrażeń, podróż do Afganistanu jest dla Europejczyka powrotem do świata zapomnianych, jeśli nie zdradzonych ideałów i prawd. W Afganistanie nie ma dróg na skróty, nie ma miejsca na udawanie, wszystko ma wymiar podstawowy. W Boga wierzy się tu naprawdę, a wolność ma posmak anarchii. Historia Afgańczyków, zwykle wbrew nim samym, jest nieustannym pasmem rewolucji i kontrrewolucji, tragicznie nieudanych poszukiwań doskonałego sposobu życia oraz natychmiastowego odrzucania wszystkiego, co obce, narzucone, co okazywało się pomyłką lub wymagało odstąpienia od utopijnych zazwyczaj wyobrażeń. Modlitwa o deszcz jest kroniką powstawania i upadków afgańskich reżimów oraz bratobójczych wojen, pocztem komendantów, watażków, świętobliwych mułłów i walecznych wojowników, ale przede wszystkim opowieścią o bezkompromisowym poszukiwaniu Absolutu, zabójczym i jednocześnie pozwalającym zachować godność, wolność oraz wierność podstawowym wartościom.”

Wojciech Jagielski (ur. 1960) – dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Współpracownik BBC, publikuje także w „Le Monde”. Specjalizuje się w tematyce Afryki oraz Azji Środkowej, Zakaukazia i Kaukazu. Świadek najważniejszych wydarzeń politycznych przełomu wieków na całym świecie. Stały obserwator wydarzeń w Afganistanie od wiosny 1992 roku. Autor książki Dobre miejsce do umierania, będącej owocem kilkuletnich podróży na Zakaukazie i Kaukaz w epoce rozpadania się imperium rosyjskiego i powstawania nowych, niepodległych państw.

Modlitwa o deszcz ukazała się nakładem wydawnictwa W.A.B. i zdobyła tytuł Warszawskiej Premiery Literackiej Listopada 2002 przyznawany przez warszawskich księgarzy. Spotkanie związane z oficjalnym przyznaniem tego tytułu rozpocznie się o godz. 17.00.

opr. wodnica

Kategorie
Literatura

Wyprawki dla wydawców?

Niedziela. Minister kultury ogłasza, że zafunduje wszystkim polskim noworodkom kulturalne wyprawki – po 5 książek na głowę. Koszt, zapewnia minister, będzie niewielki. [Zaraz, zaraz: 5 książek po złotówce (kto widział ostatnio książkę za złotówkę?) razy 350 tys. narodzin w Polsce rocznie (to i tak zaniżone dane) daje 1.750.000 zł. To mało? Domy kultury, kluby i świetlice mają otrzymać w przyszłym roku od resortu 1.020.000 zł!]
Wtorek. Porozumienie Wydawców ogłasza, że minister kultury objął patronat nad „Kanonem Książek dla Dzieci i Młodzieży”.
Pytanie za sto punktów – kto wygra przetarg na wyprawki dla noworodków?

Jest o co walczyć

Wg informacji „Wiadomości” TVP w Polsce urodziło się w ub. roku nieco ponad 368 tys. dzieci. Od 1 czerwca przyszłego roku każdy noworodek ma otrzymać od ministerstwa kultury wyprawkę „w formie pięciu książek z kanonu literatury dziecięcej” (z komunikatu MKiS). Trudno w tej chwili oszacować realny koszt takiej wyprawki. 1.750.000 zł to kwota otrzymana przy założeniu, że każda książka miałaby kosztować złotówkę, a takich książek na rynku po prostu nie ma (nie licząc używanych kolorowanek na gazetowym papierze). 5 zł to minimalna hurtowa cena ilustrowanego woluminu z klasyką dziecięcą. Zatem roczny koszt wyprawki to blisko 9 mln zł. To o 3 mln więcej, niż wynosi zapisana w projekcie przyszłorocznego budżetu subwencja na kulturę i ochronę dziedzictwa narodowego w województwie małopolskim, czyli m.in. na konserwację zabytków w Krakowie i okolicach. W przypadku 2003 r. będzie wchodziło w grę „tylko” 7 miesięcy, zatem do wygrania pozostanie kwota ok. 5 mln zł. Jeśli uwzględnimy ewentualne dodatkowe rabaty, upusty i inne obniżki, które i tak bez wątpienia się opłacą – minimum 3 mln.

A teraz inne zestawienie, bardziej związane z branżą:

Wydawnictwo MUZA S.A., jedno z największych na polskim rynku, wydało w ciągu 11 lat istnienia 15 mln egzemplarzy książek. W sumie – 2.153 tytuły. Zaś ten, kto wygra przetarg na wyprawki, w ciągu 7 miesięcy sprzeda na pniu, bez najmniejszych wydatków na promocję, ponad milionowy nakład! Warto dodać, że średni nakład w Polsce, łącznie z podręcznikami, to 6 tys. egzemplarzy. Ostatnim tytułem, któremu udało się osiągnąć magiczną liczbę miliona sprzedanych książek, jest Alchemik Coelho. Wynik ten został osiągnięty po kilku latach sprzedaży.

Kto ma wygra?

Jak zapewnia minister kultury: „Cała produkcyjna strona będzie rozegrana według wszelkich reguł rynku tzn. poprzedzona stosownymi przetargami i ofertami, a więc wybrana wg przejrzystych kryteriów” (z komunikatu MKiS). Owszem, odbędzie się przetarg. Trudno się jednak łudzić, że ktokolwiek, poza Porozumieniem Wydawców, ma szansę go wygrać. Choćby dlatego, że w skład tej wydawniczej koalicji wchodzą niemal wszystkie oficyny (obecnie 29) publikujące książki dla dzieci i młodzieży. Poza Porozumieniem pozostaje tylko kilka wydawnictw, a i one skłaniają się, po ministerialnych rewelacjach, do uzupełnienia składu czarnego konia nieogłoszonego jeszcze przetargu. Krótko mówiąc – z „Kanonem” nie ma kto konkurować.

Bez wątpienia Porozumienie Wydawców dysponuje wieloma atutami. Oto one:

1. Posiadanie praw do publikacji klasyki oraz poczytnych nowości dla dzieci i młodzieży oraz prawa do ich tłumaczeń w przypadku literatury obcojęzycznej.

2. Posiadanie praw do ilustracji większości znanych rysowników (obecnie ważą się losy ilustracji Jana Marcina Szancera, dysponujący prawami wydawca jeszcze nie przystąpił do Porozumienia).

3. Współpraca grona ekspertów w dziedzinie literatury dziecięcej (m.in. J. Papuzińskiej).

4. Zorganizowanie publicznej, ogólnonarodowej debaty z udziałem krytyków i wydawców literatury dziecięcej (na łamach „Gazety Wyborczej” w jej wersji papierowej i internetowej) na temat zawartości „Kanonu Książek dla Dzieci i Młodzieży”.

5. Doświadczenie – pomysłodawcy kanonu dziecięcego to praktycznie ci sami ludzie, którzy stworzyli „Kanon na Koniec Wieku” – nienaganną pod względem edytorskim serię klasyki literatury współczesnej. Jedyną wadą tego cyklu są dość wysokie ceny.

Porozumienie spełnia wszelkie wymogi stawiane przez ministra kultury w jego komunikacie o wyprawkach. Można wręcz odnieść wrażenie, że komunikat był pisany na podstawie walorów propozycji Porozumienia Wydawców. Jeden z inicjatorów „Kanonu” Piotr Dobrołęcki, którego zapytałam, czy jego projekt nie stał się inspiracją ministerialnego pomysłu o wyprawkach nie tylko nie zaprzeczył, ale i sprostował moje informacje – minister popiera pomysł klasyki literackiej dla najmłodszych od chwili rozpoczęcia akcji, czyli od 13 września.

Życzliwe poparcie jest niewątpliwe. Dzięki ministrowi Waldemarowi Dąbrowskiemu książki z „Kanonu” zyskają międzynarodową promocję: patronat MKiS oznacza m.in., że seria będzie kluczowym punktem programu polskiego wystąpienia podczas Międzynarodowych Targów Książki Dziecięcej w Bolonii w kwietniu 2003 r. Polska wystąpi jako gość honorowym tej imprezy, zaś na stanowisko pełnomocnika ministra d/s organizacji polskiego wystąpienia został powołany Andrzej Nowakowski, prezes Polskiej Izby Książki patronującej „Kanonowi”.

Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości co do intencji ministra i jego planów wobec serii Porozumienia Wydawców? Chyba nie. Skąd zatem zawoalowane, wielostopniowe wprowadzanie informacji o wyprawkowym kanonie i jego wydawcy? Po co opowieści o przetargach i regułach rynkowych? Co jest motywem dość w gruncie rzeczy beztroskiego mydlenia ludziom oczu – obawa przed podejrzeniami o skok na kasę czy konieczność sprostania wymogom ustawy o zamówieniach publicznych? Czyżby dotacja celowa w wysokości kilku milionów złotych mogła wywołać głośne sprzeciwy i wzbudzić podejrzenia o korupcję? 3 miliony – niby nic, ale na buzkowego ministra kultury Kazimierza Ujazdowskiego posypały się gromy już przy wydatku 200 tys. zł na nietrafioną kampanię odbywającą się pod hasłem „Nie zrywaj z kulturą. Żywa kultura wzbogaca nie tylko jogurt”.

Promocja czytania czy serii wydawniczej?

Pytanie, co w przypadku wyprawek dla noworodków będzie promowane, wydaje się dość zasadne. Minister wyjaśnił, że chodzi o nakłonienie rodziców do głośnego czytania dzieciom. „Tego typu doświadczenia były już wprowadzone w innych krajach europejskich np. w Anglii i udowodniły jak duże korzyści osiąga się wówczas, kiedy czytanie dziecku jest stałym elementem obyczaju domu rodzinnego” – czytamy w komunikacie. W tym przypadku będziemy mieli do czynienia również (jeśli przetarg wygra Porozumienie Wydawców) ze spektakularną promocją konkretnej serii wydawniczej. Ponad milion gratisów rozdanych w ciągu 7 miesięcy! Takiej akcji Polska jeszcze nie widziała.

Inne koszty

Ano właśnie – przecież będą i takie. Przede wszystkim książki muszą jakoś dotrzeć do odbiorców. Zatem konieczne będzie znalezienie dystrybutora, miejsc magazynowych (wyprawki mają być wręczane podczas wydawania aktów urodzenia, a urzędy nie dysponują nadmiarem powierzchni) i zatrudnienie fachowej obsługi logistycznej (obliczenie dokąd ile kompletów wyprawek wysłać – oto wyzwanie dla eksperta!).

Sensowność akcji

Dyskutować by na ten temat można było długo. Minister powołuje się na doświadczenia innych krajów europejskich, ale konkretnych danych nie przytacza. W programie 3 Polskiego Radia, w audycji Kuby Strzyczkowskiego „Za a nawet przeciw” (z 18 listopada br.) zaledwie 17% słuchaczy poparło pomysł Waldemara Dąbrowskiego. W wątku poświęconym wyprawkom na grupie dyskusyjnej pl.soc.dzieci nie pojawiła się ani jedna opinia pozytywna dla tej inicjatywy. Rodzicom nie podoba się m.in. to, że nie oni mieliby wybierać swojemu dziecku lektury.

Wartość głośnego czytania dzieciom jest bezdyskusyjna, a pomysł „Kanonu Książek dla Dzieci i Młodzieży” pyszny i wart promowania w każdym medium. Natomiast w kraju, w którym poziom bezrobocia sięga 20%, książka jako wyprawka dla noworodka wydaje się czystą kpiną. Za równowartość tego prezentu niektóre polskie rodziny muszą przeżyć cały tydzień. Obcina się zasiłki porodowe, zmniejsza wydatki na pomoc społeczną, zamyka się świetlice osiedlowe i kluby, likwiduje biblioteki bądź pozbawia je funduszy na zakup nowości, tymczasem minister kultury chce „sprawiedliwie” obdzielić książkami zarówno tych, których na nie stać bądź nie, ale i tak je kupią, ponieważ nie potrafią bez nich żyć, jak i tych, którzy książek w domu nie mają i raczej mieć nie będą, bo nie chcą. Porównywanie się dziś do Anglii wydaje się niesmaczne, a przynajmniej nie przystające do sytuacji. Może lepiej by było rozdać fundusze zarezerwowane na wyprawki bibliotekom i punktom bibliotecznym (jest ich w Polsce raptem 30 tys.) i niech one zadecydują, jakie książki kupić dla swoich czytelników? Będą to pieniądze na pewno dobrze zainwestowane.
komunikat MKiS
projekt budżetu państwa na rok 2003
Cała Polska czyta dzieciom – strona Fundacji ABCXXI
Strona „Kanonu na Koniec Wieku”

Magdalena Walusiak

Kategorie
Literatura

Fantastyczne spotkania

Spotkania z autorami wydawnictwa Runa – Ewą Białołęcką, Anną Brzezińską, Iwoną Surmik i Tomaszem Pacyńskim – będą towarzyszyły promocji najnowszej powieści tego ostatniego pisarza, zatytułowanej Wrzesień. Twórcy fantastyki spotkają się z czytelnikami w salonach EMPiK-u w Warszawie i w Łodzi 22 i 23 listopada.

Program spotkań:

1. Piątek 22 listopada 2002 roku

godz. 17.00

salon Empik Megastore Junior w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej 116/122

2. Sobota 23 listopada 2002 roku

godz. 17.00

Salon Empik Galeria w Łodzi przy ul. Piłsudskiego 15/23.

Podczas obu spotkań będzie można przedpremierowo kupić książkę Tomasza Pacyńskiego, która w normalnej dystrybucji pojawi się w poniedziałek 25 listopada 2002 roku.

opr. wodnica na podst. www.runa.pl

Kategorie
Literatura

Anna Bojarska: Ja – fragmenty

Maks Keller

Tyle razy o tym czytał, tyle razy oglądał na ekranach, że każdy jego ruch – wykonywany po raz pierwszy i ostatni – ma w sobie rutynę. Przyciska, unieruchamia klapę włazu, prostuje się na płaskim dachu, przydusza dłońmi rozwiewany przez wiatr szary płaszcz nieprzemakalny. Niebo jest zachmurzone, pada drobny deszczyk. Pojedyncze, chłodne krople. Przez chwilę pozwala im ściekać po swej rozpalonej szyi, potem podnosi kołnierz.

Płacze.

Zadziera głowę. Wpatruje się w chmury, w sfałdowany, nierówny beton chmur. Nigdy nie czuł podobnej rozpaczy. Rozkoszuje się nią, nieświadomie. Nikomu niepotrzebny. Przez wszystkich odtrącony. Samotny człowiek na dachu, na chwilę przed skokiem w dół, przed końcem wszystkiego. Wydaje mu się, że ktoś na niego patrzy poprzez chmury, i, zaciskając pięści, odgraża się w milczeniu: Niczego! Niczego od ciebie nie chcę, niczego nie przyjmę! Nawet jeżeli możesz ofiarować mi w s z y s t k o, wszystko, czego kiedykolwiek pragnąłem, i to zaraz, wolę nicość. Zapamiętaj to sobie. Wolę nicość!

I czuje na sobie współczujący wzrok kogoś ukrytego za chmurami, współczujący wzrok milionów oczu. Zapisał już te słowa, zapisał je poprzedniego dnia w zeszycie poleconym czujnej opiece potomności; teraz powtarza samego siebie, z przejęciem. Szekspir grający we własnej sztuce. Będą nad nim płakać, tak samo jak on płacze teraz nad sobą! Przez wszystkich odepchnięty, przez nikogo niekochany. On! JA.

Ostatnie, urwane łkanie, uciszony z wysiłkiem charkot w gardle. Wyciera mokrą twarz małą dziecinną chusteczką w krasnoludki i muchomory, starą szmatką w niepojęty sposób zachowaną z dzieciństwa, jedyną w świecie, nigdy nie widział u nikogo podobnej, wyciera twarz wspomnieniem i sam widok znów każe mu płakać, chusteczka wymyka się z jego rąk, wiatr ją porywa, tym lepiej. Pospiesznie, w lęku, że za chwilę może nie starczyć mu sił, podchodzi do krawędzi dachu. Wiatr znowu rozdyma jego płaszcz jak wielki szary balon. To może złagodzić upadek!

Szpera zdrętwiałymi z zimna palcami po kieszeniach. Znajduje pasek, przewiązuje się nim. Żałuje, że nie wziął rękawiczek.

W takiej chwili!

Jeszcze jeden krok. Czuje zawrót głowy, rozmiękanie kolan. Nie teraz!

A więc cofa się – o pół kroku. I rozgląda.

Dach jest ciągle pusty. Ale w oknach pobliskiego wieżowca – w tych oknach na równej z nim wysokości, a także, jak się wydaje, w tych wyższych – pojawili się ludzie. Kobieta myjąca szyby odłożyła ścierkę. Starucha, oparta łokciami o kuchenny parapet, wysunęła głowę do przodu. Dzieci na balkonie przerwały zabawę. Mężczyzna w beżowym swetrze zamknął czytaną książkę. Młoda blondynka machinalnie czyści zmywakiem patelnię, patrząc w jego stronę. Cóż za tępe spojrzenie!

Dlaczego nie krzyczą?

Przygląda się im, oni jemu. Długo.

Dlaczego nic do niego nie zawołali? Czemu nie wzywają pomocy?

Nagle, zapominając o strachu, robi pół kroku do przodu. I jeszcze pół kroku. I jeszcze ćwierć.

Stoi na samej krawędzi. Czubek buta wysunął się już ponad przepaść.

Codzienny, zwykły hałas ulicy. Huk przejeżdżających samochodów. Piskliwe głosy dzieci. Gdzieś odezwało się radio. Nieżyjąca od lat amerykańska piosenkarka, Janis Joplin, prosi zachrypniętym głosem:

Oh Lord, won’t you buy me a Mercedes Benz?

Wie, co powinien teraz zrobić. Ostrożnie cofa czubek buta. Osuwa się na ten brzeg, na krawędź. Opiera o nią dłonie. Całym sprężonym ciałem stawia opór wiatrowi.

Gdy otwiera usta, wydobywa się z nich tylko niewyraźne chrypienie. Ale już po sekundzie może krzyczeć. W dół, w ulicę.

– Odsuńcie się!

Głośniej.

– Odsuńcie się! Odejdźcie! Będę skakał!

Zamyka oczy, dyszy.

Teraz patrzy w dół. Dosłyszano go. Przechodnie zatrzymali się, rozsunęli, rozstąpili. Chodnik opustoszał. Ktoś zatrzymuje samochody. Ulica nieruchomieje, czeka.

Po prostu czeka!

Z niedowierzaniem podnosi głowę. Ma przed sobą okna wieżowca. Kobieta myjąca okna, starucha oparta na łokciach, dzieci na balkonie, mężczyzna z książką, blondynka z patelnią. Przyglądają mu się, tak samo jak przedtem. Wyczekująco, obojętnie. A głos nieboszczki Joplin, donośniejszy w nagłej ciszy, zawodzi:

Oh Lord, won’t you buy me a night on the town?

I’m counting on you, Lord, please don’t let me down

Prove that you love me and buy the next round

Oh Lord, won’t you buy me a night on the town?

Tego się nie spodziewał! Tego nie przewidział!

Wielokrotnie powtarzał: oni tego chcą, chcą mojej śmierci. Nikomu nie jestem potrzebny. Czy żyję, czy nie, nikomu to nie robi różnicy. Chyba nawet woleliby, żebym umarł.

I teraz zdaje sobie sprawę: rzeczywiście. To, co powtarzał jak największe możliwe bluźnierstwo, było tylko stwierdzeniem faktu. Chcą tego naprawdę!

Jakiś chłopak, stojący na dole, po lewej, woła, złożywszy dłonie w trąbkę wokół ust:

– No co? Skaczesz czy nie?

Słychać śmiech.

Nie może już nie skoczyć. To jedno byłoby zdolne zatkać im usta. Ale, myśląc tak, wie, że się myli: jeżeli skoczy, jeżeli roztrzaska się o bruk, też nie zrobi to na nich wrażenia. Żadnego wrażenia.

Dla całego świata – dla wszechświata! – znaczy tylko tyle: przeszkoda, komplikacja, chwilowe zmniejszenie przelotowości ulicy. Ta istota, która dla niego jest wszystkim, musi być wszystkim!

Jęczy głośno, ściskając krawędź dachu. Ciągle słyszy śmiech. Kuli się tuż nad przepaścią, wtula głowę w uniesione ramiona. Trzęsie się tak długo, bardzo długo. Kiedy otwiera oczy, ludzie przechodzą już spokojnie chodnikiem, parami, grupami, pojedynczo; samochody przejeżdżają tuż przy krawężniku. Okna naprzeciwko są puste: tylko dzieci z balkonu obserwują go nadal, wyrywając sobie nawzajem lornetkę. Podnosi się z wysiłkiem, raz jeszcze staje na samym brzegu. Teraz nie czuje już zawrotu głowy. Patrzy spokojnie na to, co ma w dole, pod sobą.

Miasto!

Sztywno, niezręcznie, z jednym potknięciem – wywołującym głośny śmiech dzieci z lornetką – cofa się aż do klapy włazu. Otwiera ją.

Od tej chwili nie istnieje. Nie może istnieć.

Maks Keller, Miś, Janis Joplin

Na uginających się nogach schodzi z kolejnych stopni. Słyszy brzęk wybijanej szyby, szczekanie psa, krzyk niemowlęcia. Świat poza nim! Świat bez niego!

Ciężkie stare drzwi. Z krzywo przypiętym kartonikiem w miejscu, w którym inni wieszają mosiężne tabliczki pełne tytułów. JA. Głupi, wyzywający napis: JA. Już je otworzył. Zatrzasnął za sobą.

I natychmiast ktoś podchodzi do niego, obejmuje nogi, przytula policzek do uda: Miś.

– Jesteś!

Ręce ma tak sztywne, że trudno mu dotknąć Misia. Przykuca przy nim, czuje jego zapach – zapach mydła i talku, miękkich dziecięcych włosów, mięty. Czteroletni chłopiec z lepką, zielonkawą smugą koło ust, sama ufność, samo ciepło. Zawiódł go, skazał na nieszczęście, na życie, takie dziecko!

Gdyby przed chwilą skoczył, biedny dzieciak już by nie żył. Nic by mu nie groziło. Wszyscy by umarli w tej samej chwili, w tej samej sekundzie: wszyscy, którzy są w tym mieszkaniu. Koniec umowy najmu.

Ma ochotę płakać. Znowu! Tuż przed oczami ma oberwany strzęp wyblakłej, granatowej tapety, a trochę niżej – dziecinną chusteczkę w krasnoludki i muchomory (starą szmatkę, jedyną w świecie, drugiej takiej nie ma), zwiniętą w kłębek i prawie wciśniętą pod oberwaną tapetę. Bierze ją do ręki, rozwija, przygląda się jej. Mruga powiekami.

– Co ci jest? – pyta Miś.

Teraz już może wziąć go na ręce. Ciągle przykucnięty, nachylony nad nim, połączony z nim w ogromnego, podwójnego embriona.

– Miś – mówi.

– Co ci jest?

W kącie przedpokoju, niedaleko od strzępu tapety, leży pluszowy niedźwiadek z wydłubanym okiem. Pierwsza zbrodnia Misia, tak gorzko opłakana, zbrodnia, której wciąż nie może przeboleć. Oślepił go, oślepił. Tylko dlatego, że chciał zobaczyć pod spodem, pod okiem to, d z i ę k i c z e m u niedźwiadek widzi!

– Co dziś robiłeś? – pyta Maks Keller. A Miś odpowiada:

– Bawiłem się w delfiny.

– Z kim?

– Z delfinami. Ja byłem jednym z nich. Bawiliśmy się.

– Gdzie są inne delfiny?

Miś wyrywa się z jego objęć, chwyta go za rękę, ciągnie do pokoju. Na dywanie leżą poduszki.

– Tu!

Już pomyślał o czym innym, zapomniał o swoich delfinach, płynących po zielonkawym dywanie jak po morzu. Podskakuje, tupie z niecierpliwości.

– Pobaw się ze mną w zwierzęta!

Człowiek w szarym płaszczu bez słowa podchodzi do łóżeczka Misia – pozbawionego już zmienionej w delfiny pościeli – odwraca je do góry dnem… W ostatniej chwili Miś wślizgnął się pod nie. Siedzi teraz po turecku, otoczony z czterech stron siatką jak w klatce. Policzki ma purpurowe z podniecenia.

– A ty? Chcesz być człowiekiem?

Miś zna zwierzęta tylko z zoo. Tam wszystkie – prócz fok i morsów (o delfinach tylko słyszał) – znajdują się w klatkach. A więc być zwierzęciem (niczego Miś bardziej nie pragnie) to znajdować się w klatce. Opadł już na czworaki, potrząsa grzbietem, jak gdyby miał na nim grzywę, szczerzy zęby.

– Wolisz być człowiekiem?

Maks Keller znajduje w kieszeni płaszcza coś lepkiego. Cukierek miętowy, którego Miś nie dossał do końca. Wyjmuje go, usiłuje podać przez kraty. Miś niepewny, czy jest teraz lwem, czy może wilkiem, warczy gniewnie, skacząc po swojej klatce, półprzytomny ze szczęścia.

– Co wy robicie? – pyta Janis Joplin.

Powinien był zorientować się po zapachu paczuli, tak mocnym. Stoi przy nich zapewne już od dłuższej chwili – z piórami w rozpuszczonych włosach, z kołami różu na policzkach i z czerwonym serduszkiem wytatuowanym na dekolcie, cała w błyskotkach, wisiorkach, frędzlach, z butelką w ręku. Chwieje się lekko, jest pijana. Gdyby on też mógł się upić!

– Bawisz się? – pyta go surowo. – Po tym, co nam zrobiłeś? Szczeniak tego

nie zrozumie, ale my? Dlaczego nie skoczyłeś? – I nagle jej głos, jak tyle razy każdego dnia, przechodzi w krzyk: – Ja tego nie zniosę! Nie zniosę!

Podnosi butelkę do ust, pije wprost z niej, nie chce jej się chodzić po kieliszek, jak on tego nienawidzi. Szyjka butelki jest już usmarowana szminką, trochę płynu ścieka po podbródku. No, wypiła. I znowu krzyczy.

– Pomóż mi jakoś! Daj mi jakieś proszki, nie wiem! Coś, żebym się uspokoiła. Ja muszę się uspokoić. Daj mi coś, co mnie uspokoi! Słyszysz, ty draniu?

– Janis…

– Co ja mam zrobić? – pyta, poszarzała pod różem, gąbczasta, patrząc na

niego zmatowiałymi nagle oczami. – Co mam zrobić? Ciągnąć to dalej? Nikt nie chce ze mną spać, możesz to pojąć? Jestem największa… największa ze wszystkich parszywych… największa na świecie… i nikt nie chce ze mną spać, nikt! Brzydzą się mną! Nikt nie powie, żebym się z nim przespała! Jak ja mam to znieść, co? Powiedz, ty bydlaku, jak mam to znieść?

– Janis, chodź bawić się ze mną w tygrysy!

– Zwariowałeś?

– No to w lwy! Chodź!

Janis przez chwilę patrzy na Misia w osłupieniu. Potem, wciąż nie wypuszczając butelki, opada na czworaki, unosi barkiem brzeg łóżeczka (Maks Keller pomaga jej odruchowo) i wczołguje się do klatki małego. Skulona, i tak zajmuje jej większą część, duża, klocowata, z cerą pokrytą plamami, z pierzastym boa, które zsunęło jej się z ramion. Miś podnosi je, umieszcza starannie na jej włosach.

– Nie tak, Janis! – mówi. – Będziesz drapieżnym ptakiem. Patrz, tak wygląda orzeł. Chcesz być orłem?

Przygląda się jej badawczo, krytycznie.

– Nie, lepiej jak sęp. Wyglądasz jak sęp. Będziesz sępem!

I nagle odwraca się do siatki. Patrzy na niego, na Maksa Kellera – tego partacza.

– Zawsze się boję sępów – zwierza się z drżeniem. – Bo, słuchaj, gdyby sęp dziobnął w powiekę, toby ją przebił, prawda?

– Na pewno.

– Och!

Mały zamyka oczy i zasłania je rękami. Nie ma wątpliwości, że powieki są najdelikatniejszą częścią jego ciała. O nie najbardziej się troszczy. Bo pod nimi… aż strach o tym pomyśleć! Pod nimi jest to, czego pozbawił pluszowego niedźwiadka. Największa z tajemnic. Najstraszniejsza. Ochrania ją teraz, osłania dłońmi przed Janis, tym sępem.

Maks Keller, pastor Burdock, Edyta Astaldi

Zostawił ich samych. Cicho wymknął się z pokoju. Dokąd teraz?

Wspólne mieszkanie! Mieszkanie jak z czasów NEP-u, jak najstraszniejszy z pomysłów NEP-u, nie do zniesienia. Za chwilę samotności, za chwilę ciszy oddałby…

Dokąd ma pójść?

dziekujemy za udostepnienie fragmentu wydawnictwu WAB

Kategorie
Literatura

Edwin Bendyk: Zatruta studnia – fragmenty

Nowy, jeszcze wspanialszy świat

Mikrobus sunie powoli po wąskich uliczkach przedmieść Londynu. Tysiące podobnych domów jednorodzinnych z czerwonej cegły otaczają nas jak ściany labiryntu. Jak wy, londyńczycy, znajdujecie drogę do właściwego adresu wśród setek podobnych uliczek? – pytam kierowcę, który z kamienną twarzą skręca na kolejnym skrzyżowaniu. Szofer odpowiada spojrzeniem dającym do zrozumienia, że nie powinienem był pytać, a w chwilę potem zdaję sobie sprawę, że znów przejeżdżamy obok tego samego miejsca.

W końcu dojeżdżamy do budynku wyjątkowego w tej fraktalnej okolicy, gdzie jeden motyw powtarza się w nieskończoność. To dom inteligentny, w którym oprócz tradycyjnej infrastruktury: gazu, wody, elektryczności zainstalowano mnóstwo elektronicznych gadżetów połączonych zintegrowaną siecią komputerową. Sieć za pośrednictwem serwera i rutera podłączona jest do Internetu. Podobno w Epoce Cyfrowej inaczej już żyć nie można, elektronika dostarcza mieszkańcowi wciąż nowych możliwości, a ten, gdy tylko z nich skorzysta, zdziwi się, że dotychczas mógł się bez nich obywać.

Na przykład przez Internet, a więc choćby z pracy, można za pośrednictwem kilku zainstalowanych w domu kamer obejrzeć posiadłość lub sprawdzić, co robią dzieci, jeśli są na tyle nierozsądne, by znaleźć się w polu widzenia. Przez Internet można również skontrolować i regulować parametry domowej automatyki: ustalić temperaturę w poszczególnych pokojach, zasunąć żaluzje, zmieniać oświetlenie, udając przed potencjalnym złodziejem, że ktoś jest w środku.

Dzięki Internetowi można, nie ruszając się z domu, załatwiać sprawy w banku albo w urzędzie. Dostępny w garażu posłuży do zdalnej diagnostyki samochodu – wystarczy połączyć kabelkiem odpowiednie gniazdko pod maską z gniazdkiem sieci komputerowej i „zalogować się” w warsztacie. W podobny sposób można wypełnić opustoszałą lodówkę, która sama kontroluje stan swoich zapasów i upomina się o nowe produkty w supermarkecie. Lodówka jest też na tyle sprytna, że sama zasugeruje przepis na danie, jakie można upichcić z dostępnych w domu składników.

W sieć połączone są wszystkie alarmy, telewizory, wzmacniacze i magnetowidy, którymi można sterować za pomocą bezprzewodowego nawigatora z dowolnego miejsca domu. Przewodnicy zastrzegają, że prezentowany budynek, choć już w pełni funkcjonalny, nie demonstruje wszystkich możliwości, jakie otworzą się przed nami w przyszłości. Większość poleceń będzie można wydawać za pomocą telefonu komórkowego i to głosem. Jadąc z pracy, wystarczy wówczas polecić ekspresowi do kawy, by po powrocie czekał świeży napar, zapalić światła i włączyć ogrzewanie.

Gdy wracam mikrobusem na lotnisko, zastanawiam się, podobnie jak dziesięć lat wcześniej podczas planiorki na „Antonim Czechowie”, gdzie przebiega granica między praniem mózgu a rzeczywistością, czy przez przypadek marketingowiec demonstrujący te wszystkie cuda to nie współczesna wersja radzieckiego komsomolca niosącego z podniesionym czołem wizję nowego, lepszego świata. Przejeżdżając obok wiaduktu, mijamy leżącego pod murem, wtulonego w śpiwór kloszarda. Do ucha przytyka komórkę, spod dawno niegolonej brody przeziera szeroki uśmiech – czyżby rozmawiał z ekspresem pełnym kawy?

Liczydła i komórki

Dziesięć lat wcześniej, w 1991 roku, cały Związek Radziecki pracowicie stukał na drewnianych liczydłach. Zbyt wiele roboty nie było, bo i liczyć nie było czego. Gospłan ustalał ceny na dwieście tysięcy pozycji asortymentu, który w zdecydowanej większości widoczny był tylko w gospłanowskich statystykach lub na czarnym rynku. W tym samym czasie Polska, już wyzwolona i płynąca na sprzyjającej fali, włączała się do Internetu. W sierpniu 1991 roku, akurat kiedy doszło do puczu Janajewa, który przyspieszył koniec ZSRR, polscy fizycy-zapaleńcy dokonywali pierwszej międzynarodowej transmisji w protokole TCP/IP, czyli mówiąc prościej, włączyli Polskę do globalnej sieci.

W 1991 roku w Finlandii uruchomiono pierwszą sieć cyfrowej telefonii komórkowej. Komórki wraz z Internetem stały się w ciągu kilku lat symbolem nowej rewolucji, tak dynamicznej i dalekosiężnej, że wkrótce znalazło się wielu proroków, którzy socjalistyczne wizje raju na ziemi zastąpili wizjami edenu zbudowanego dzięki technologii.

O tej rewolucji mówiło się już dużo wcześniej, Japończycy zaczęli budować społeczeństwo informacyjne jeszcze w latach sześćdziesiątych. Leonid Breżniew nie miał wątpliwości, że rewolucja naukowo-techniczna jest kluczem do zadania ostatecznego ciosu kapitalizmowi. Wielkie przemiany, będące skutkiem przełomowych odkryć naukowych i wynalazków, zapowiadali też w Stanach Zjednoczonych Alvin i Heidi Tofflerowie, publikując w 1970 roku Szok przyszłości, a w Polsce Stefan Bratkowski w Księdze wróżb prawdziwych. To w tej właśnie książce Bratkowski opisuje komputer K-202 inżyniera Jacka Karpińskiego, który ukazywał nowy paradygmat wykorzystania informatyki i otwierał drogę do idei komputera osobistego. Idea ta była w systemie komunistycznym na tyle niebezpieczna, że Karpiński, zamiast robić na swym pomyśle pieniądze, zmienił branżę i zaczął hodować świnie.

Przypadek Karpińskiego pokazuje tylko, że ziarno najlepszego nawet pomysłu padające na jałową ziemię nie przyniesie owoców. Manuel Castells, badacz społeczeństwa poprzemysłowego, analizował, dlaczego rewolucja informatyczna wybuchła tak naprawdę w jednym miejscu – w kalifornijskiej Krzemowej Dolinie, w latach siedemdziesiątych. Przemysł elektroniczny upatrzył sobie tę lokalizację znacznie wcześniej. Pierwszy „garaż”, od którego zaczęła się technologiczna epopeja, należał do Davida Packarda i Williama Hewletta i stał w Palo Alto nad zatoką San Francisco. Taki był rodowód jednej z największych firm komputerowych świata, Hewlett-Packard. Miejsce nadawało się doskonale ze względu na bliskość najlepszej uczelni w Stanach Zjednoczonych, Uniwersytetu Stanforda, który dostarczał doskonałych kadr i wspierał powstawanie firm typu spin-off, przekuwających wiedzę na technologie.

Przez kilkadziesiąt lat Kalifornia zyskała solidną reputację w dziedzinie nauk przyrodniczych i zaawansowanych technologii. W latach sześćdziesiątych stała się też epicentrum innej rewolucji – hippisowskiej alternatywy. To właśnie na kalifornijskich uczelniach miały miejsce najzaciętsze bitwy z policją. Nastąpił mariaż technologii z kontrkulturą. Robert Pirsig w Zen i sztuka obsługi motocykla pisał: Budda, Bóstwo, spoczywa tak samo wygodnie w obwodach komputera cyfrowego czy przekładniach roweru, jak na szczycie góry czy płatkach kwiatu..

Technologie kontrkultury

Stąd już tylko krok, by uczynić komputer narzędziem kontrkultury. Erik Davis opowiada w TechGnozie: Niektórzy zwolennicy kontrkultury mieli bardziej polityczne powody zainteresowania się komputerami. W roku 1970 nieformalne ugrupowanie informatyków, którzy wypadli z obiegu, i radykalnych programistów z Berkeley zdało sobie sprawę, że komputery mogłyby stanowić potencjalną alternatywę wobec typowych dla mass mediów technokratycznych instytucji i odgórnej kontroli informacji.

Przy Uniwersytecie Stanforda działał Homebrew Computer Club, do którego zachodził młody geniusz Steve Wozniak i równie młody buddysta, amator LSD Steve Jobs. W garażu wyprodukowali komputer o wdzięcznej nazwie Apple, a logo powstającej firmy – nadgryzione jabłuszko – było czytelną aluzją do grzechu pierworodnego, obietnicy wyzwolenia spod władzy „starego”, dotarcia do prawdziwej wiedzy. Z ich doświadczeń i finansowego sukcesu komputerów Apple (które radzieccy inżynierowie, na podstawie przeszmuglowanych przez agentów KGB egzemplarzy, próbowali odtworzyć przez dziesięć lat) narodziła się idea komputera dla „reszty z nas”, przyjaznego macintosha. Ujrzał on światło dzienne w orwellowskim roku 1984, a jego inauguracji towarzyszyła reklama autorstwa Ridleya Scotta, w której rozpędzona atletka rozbijała rzuconym młotem ekran Wielkiego Brata. Trzy lata wcześniej IBM, dotychczas kojarzony z wielkimi komputerami typu mainframe, zdopingowany sukcesem Apple wprowadził na rynek maszyny o wdzięcznej nazwie PC, czyli komputer osobisty.

Fenomen wzajemnej inspiracji dwóch kalifornijskich rewolucji, technologicznej i kulturowej, jest niezwykle istotny dla zrozumienia atmosfery technooptymizmu i eschatologicznych wizji tworzonych pod wpływem fascynacji możliwościami techniki. Dotychczas wszelkie kontrkultury nastawione były antytechnologicznie. Wytwory techniki traktowano jako efekt dominacji klas panujących, kapitału nad wyalienowanym społeczeństwem (w kontrkulturowej krytyce relacji społecznych używano zazwyczaj Marksowskiej retoryki). Media masowe miały być instrumentami totalitarnej kontroli cynicznego establishmentu i skorumpowanych polityków nad ludem, kontroli właściwej dla masowego społeczeństwa przemysłowego, w którym sposób komunikacji odzwierciedlał sposoby produkcji.

Sytuacja skomplikowała się, gdy w latach pięćdziesiątych amerykańskie społeczeństwo zaczęło tracić charakter przemysłowy. Coraz mniej ludzi pracowało przy taśmie, coraz więcej przenosiło się do niematerialnych sektorów gospodarki, wytwarzając bogactwo poprzez działania symboliczne, przetwarzanie znaków: w reklamie, rozrywce, mediach, public relations, w usługach. W naturalny sposób samoświadomość takich ludzi była większa niż ogłupiałych od monotonnej pracy robotników. O wiele lepiej zdawali sobie sprawę z technik manipulacji i tego, że – jak pisał w swoich fundamentalnych pracach Marshall McLuhan – agresja symboliczna jest nie mniej groźna i realna niż gwałt fizyczny. Rozziew między praktyką społeczną z innej epoki a świadomością coraz większej rzeszy młodych ludzi żyjących już w zupełnie innym świecie doprowadził do rewolty.

Lata siedemdziesiąte były dokończeniem rewolucji rozpoczętej w Kalifornii pod koniec poprzedniej dekady. Wynalazek komputera osobistego był sygnałem, że nieodwracalnie nadchodzi zmierzch społeczeństwa masowego, jednostka zyskuje nowy oręż na drodze do emancypacji oraz że zmienia się model stosunków społecznych. Oto bowiem pojawiły się, jak nazwał je politolog z MIT, Ithiel de Sola Pool, technologie wolności, łamiące monopol establishmentu na komunikację i kontrolę symboli.

Lata siedemdziesiąte były też zapowiedzią tego, co tak naprawdę miało się wydarzyć dopiero dwadzieścia lat później. Gdzieś w zaciszach laboratoriów uczeni finansowani przez amerykańskie wojsko majstrowali przy Internecie, a przepełnieni ideałami kontrkultury studenci za wojskowe często pieniądze tworzyli pierwsze społeczności hakerskie, wersję high-tech wspólnot pierwotnych opartych na kulturze podarunku i zaufania.

Nadchodzi burza

Lata osiemdziesiąte to czas komputerów osobistych, francuskiego Minitela i amerykańskiej rewolucji w sprawach wojskowych (RMA – Revolution in Military Affairs). Pecety, macintoshe, atari i inne maszyny szturmem zdobywały rynek, milionami wypełniając nie tylko biura, ale też prywatne mieszkania i szkoły. Przenikające powoli do Polski komputery pomogły nieco i naszej rewolucji, ułatwiając życie podziemnym wydawnictwom. Gotowy skład czasopism lub książek przewoziło się na dyskietkach, małych i skutecznie chroniących treść przed wścibskim okiem milicjantów.

RMA oznaczało rozpoczętą na początku lat osiemdziesiątych przebudowę doktryny wojskowej Stanów Zjednoczonych. Między innymi pod wpływem Trzeciej fali Alvina Tofflera amerykańscy wojskowi zdecydowali się postawić na najnowsze technologie, w tym informatykę: inteligentne pociski, niewidoczne samoloty, broń elektroniczną (o tym szerzej w rozdziale „Wirtualna wojna”).

Wraz z początkiem lat dziewięćdziesiątych świat pogrążył się jednak w recesji, szczególnie dotkliwej w Stanach Zjednoczonych. Firmy sektora zaawansowanych technologii straciły inwestorów i zaczęły bankrutować, podobnie jak w 2001 roku przeinwestowane firmy internetowe, słynne dotkomy. Jean Gimpel, francuski historyk techniki, dobrze oddaje ten nastrój w książce U kresu przyszłości: Przez Krzemową Dolinę, uważaną dotychczas za jeden z cudów naszej planety i skupiającą „drobnych geniuszy” przygotowujących świat jutra, przeszła fala zwolnień z pracy. To już nie jest kalifornijski raj. Spółki ryzyka kapitałowego przestały tu inwestować, a czynsz za wynajem biur, w miarę jak wyprowadzają się z nich pracownicy, systematycznie spada. Owo załamanie okazało się niezwykłym szokiem dla przemysłu, który wierzył w swój nieograniczony rozwój. Dyrektorzy przedsiębiorstw zaczęli pojmować, że okres prosperity nieodwołalnie minął.

Gimpel wymienia całą listę niepowodzeń biznesu informatycznego: fiasko elektronicznego handlu, usług bankowych „z domu”, niechęć pracowników do pomysłu telepracy. Cała ta informatyzacja i moda na komputery osobiste nie ma, zdaniem autora, najmniejszego racjonalnego sensu, w związku z czym kryzys jest jak najbardziej uzasadniony i wróży, że w latach dziewięćdziesiątych nic się nie zmieni. Ciekaw jestem, jak Jean Gimpel oceniłby swoje prognozy pięć lat później?

Łatwiej natomiast mogę domyślić się frustracji szefostwa koncernu AT&T;, które w 1983 roku zamówiło w firmie analitycznej McKinsey opracowanie dotyczące sensowności inwestycji w rynek telefonii bezprzewodowej. Analitycy stwierdzili, że gra nie jest warta świeczki, bo do końca stulecia miało z telefonów komórkowych korzystać nie więcej niż dziewięćset tysięcy abonentów. Tymczasem korzystało ponad pół miliarda, a w roku 1999 liczba użytkowników komórek powiększała się o dziewięćset tysięcy co trzy dni!

Źródła rewolucji

Niewiele czasu musiało minąć, by stało się jasne, jak beznadziejnie błędne były prognozy sprzed kilku zaledwie lat. Sytuacja końca lat osiemdziesiątych była nieco podobna do stanu fizyki u progu XX stulecia. Wydawało się, że wszystko już jest zrobione, że w zasadzie nastąpił koniec nauki, kolejne pokolenia uczonych będą co najwyżej poprawiać szczegóły po swoich poprzednikach. Wystarczyła jedna publikacja Maksa Plancka, by zburzyć ten obraz, otworzyć zupełnie nowy, niezbadany świat, świat mechaniki kwantowej.

W latach osiemdziesiątych również wszystko już było: komputery osobiste, propozycje ich różnorodnych zastosowań, był już przecież nawet Internet, choć bardzo różny od tego, jaki znamy obecnie. Czegoś jednak brakowało, potrzebny był jakiś impuls wyzwalający lawinę, wywołujący to, co historyk nauki, Thomas Kuhn, nazwał zmianą paradygmatu. Otóż to wyczerpanie, zniechęcenie ludzi i rynków, o jakim pisał Jean Gimpel, było tylko przysłowiową ciszą przed burzą. Strumyki niosące zapowiedź zmian cicho łączyły się, formując potężną falę.

Globalna pajęczyna

W symbolicznym 1989 roku w Europejskim Laboratorium Fizyki Atomowej CERN pod Genewą pracował angielski matematyk, Timothy Berners-Lee. Wielkim problemem badań współczesnej fizyki jest ogromna liczebność zespołów: nad jednym eksperymentem pracuje nawet kilkaset osób. Każda z nich ma swój wkład w końcowe wyniki, jak jednak wkład ten zamienić we wspólną, zwartą publikację? Jak w łatwy sposób wymieniać się informacjami, jak stworzyć techniczne narzędzie wspomagające tworzenie „inteligencji zbiorowej”?

Ideę takiego narzędzia przedstawił już w 1945 roku Vannevar Bush, doradca prezydenta USA do spraw naukowych. W głośnym eseju As We May Think (Jak możemy myśleć) opisał memex, urządzenie umożliwiające dostęp do różnych publikacji z jednego miejsca, prototyp idealnej biblioteki: czytamy jakiś artykuł, znajdujemy w nim odwołanie do innego artykułu. Chcemy go również przeczytać, więc przyciśnięcie odpowiedniego guzika wydobywa ten tekst z archiwum i umożliwia lekturę. Odkrywcza koncepcja Busha nie miała jednak szans realizacji w 1945 roku, epoce mechanicznej.

W 1989 roku sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Artykuły pisano na komputerach, od razu więc dostępne były w wersji elektronicznej. Realizacja idei Busha polegała na tym, by te teksty, znajdujące się w różnych miejscach, połączyć ze sobą niewidzialnymi nićmi. To właśnie Berners-Lee napisał specjalny program, słynny dzisiaj język HTML, umożliwiający takie indeksowanie dokumentów elektronicznych, że tworzą one razem powiązaną, hipertekstową całość. Wszyscy uczestnicy eksperymentu prowadzonego w CERN, jeśli dokonywali modyfikacji w swoich opracowaniach, mieli obowiązek ogłaszania ich w wersji elektronicznej, program Bernersa-Lee tworzył zaś między nimi trwałe powiązania. Redaktor ostatecznego tekstu, jak również każdy uczestnik eksperymentu miał dostęp do wszystkich aktualnych i wcześniejszych rezultatów. Wystarczyło usiąść przy komputerze i „klikać” w odpowiednie miejsca. Takie były początki WWW, World Wide Web, czyli Globalnej Pajęczyny, będącej rodzajem wielkiego technicznego systemu porządkowania wiedzy.

dziekujemy za udostepnienie fragmentu wydawnictwu WAB

Kategorie
Literatura

Wojna! – wywiad z Dorotą Masłowską

Najmłodszą polską pisarką (’83), autorką wydanej niedawno, a już głośnej powieści „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, laureatką konkursu miesięcznika Twój Styl „Dzienniki Polek 2000”, oraz „różnych innych, pomniejszych i powiększych, ona sama nie wie” (jak pisze we własnej notce biograficznej) przeprowadza Piotr Czerski.

rozmawiał Piotr Czerski

Kategorie
Literatura

Szukanie prawdy o Herbercie

„Do tej pory panowało potworne zakłamanie dotyczące wczesnej młodości Herberta. On sam mówił o tym oględnie, ale jednak mówił. Nie mam mu tego za złe – każdy wielki pisarz jest oszustem i tworzy swój obraz, nie ma w tym nic złego. Zresztą – czy wpisywał się w coś złego? Kosiński owszem – wpisywał się w obraz zrzucania winy za holocaust na Polaków. Natomiast Herbert odwrotnie. Chciał być akowcem – to ładne” – mówi w wywiadzie udzielonym serwisowi kultura.org.pl Joanna Siedlecka, autorka biografii Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie.

Po publikacji książki Pan od poezji. O Zbigniewie Herbertcie wszystkie noty biograficzne poświęcone autorowi Trenu Fortynbrasa można wyrzucić do kosza, łącznie z biogramami zamieszczonymi w podręcznikach i encyklopediach. Nie walczył w AK, rzekomo wojenna rana była pozostałością po banalnym wypadku na nartach, nie studiował malarstwa, miał przelotny romans z PAX-em, do tego dwóch volksdojczów w rodzinie, jeden z nich rozstrzelany wyrokiem sądu podziemnego. Dotarła pani do materiałów, których nikt dotąd nie znał. Złośliwi twierdzą, że nie tyle badała pani życie Herberta, co wręcz je lustrowała.

Joanna Siedlecka: To absurd, pisarz nie wyrasta przecież z jakichś konwencji, z czegoś zwykłego, ale z tragedii. Być może (pozostawiam tu znak zapytania) to, że Zbigniew Herbert nie wziął udziału w walce oraz ekspiacja za stryja-zdrajcę, z winy którego zginęli młodzi akowcy, ukształtowało osobowość poety. Kiedy Ludwik Herbert został zamordowany z rozkazu polskiej organizacji podziemnej, Zbigniew miał 19 lat. To musiało być dla niego wstrząsające przeżycie. Być może później, szczególnie kiedy był stary, cierpiący, odpokutowywał to właśnie swoją obywatelskością i walką innego typu – publicystyką.

Do tej pory panowało potworne zakłamanie dotyczące wczesnej młodości Herberta. On sam mówił o tym oględnie, ale jednak mówił. Nie mam mu tego za złe – każdy wielki pisarz jest oszustem i tworzy swój obraz, nie ma w tym nic złego. Zresztą – czy wpisywał się w coś złego? Kosiński owszem – wpisywał się w obraz zrzucania winy za holocaust na Polaków. Natomiast Herbert odwrotnie. Chciał być akowcem – to ładne. Chciał być z tymi lepszymi. Sam to zresztą podkreślał – człowiek jest tym, kim chciałby być. Niestety, rodzina w popłochu uciekała ze Lwowa przed zemstą bolszewików. W czasie powstania warszawskiego był w Krakowie i uwodził panienki, popijał. W niektórych tekstach wspominano, że może był wtedy w lesie, ale nie ma na to żadnych dowodów.

Siostra poety, Halina Herbert-Żebrowska, zarzuciła pani na łamach „Rzeczpospolitej” sugerowanie zbyt bliskiego pokrewieństwo Zbigniewa z Herbertem-zdrajcą. „To przecież nie był rodzony stryj” – argumentowała.

Joanna Siedlecka: Dotykamy teraz innej sprawy – biograf a rodzina. Rozumiem siostrę i nie dziwię się jej. Gdyby pisano różnie o mojej rodzinie, zapewne szaleńczo starałabym się jej bronić. Jako biografa interesują mnie jednak tylko fakty, nawet najbardziej bolesne. To, co napisała siostra Herberta, nie jest prawdą. Proszę zauważyć: w filmie Adama Pawłowicza, w „Zeszytach Literackich”, w których siostra poety przedstawiła swoje listy, także w wypowiedziach samego Zbigniewa Herberta znajdujemy informacje, że to właśnie była najbliższa rodzina. W opublikowanej w „Zeszytach Literackich” korespondencji Halina Herbert, negująca później bliskie pokrewieństwo, pisze o stryju i o stryjence jako o najbliższej rodzinie.

Generał Marian Herbert to stryjeczny dziadek Zbigniewa i Haliny, jego synowie byli więc ich najbliższymi kuzynami. Jeden z braci Ludwika-zdrajcy i Romana-volksdojcza to Edward zamordowany w Katyniu, któremu Zbigniew dedykował jeden z najważniejszych wierszy pt. Guziki. Wszyscy oni – Edward, który zginął w Katyniu, Ludwik zdrajca i Roman-volksdojcz byli synami tego samego ojca-generała. Dlaczego Edward, któremu poświęcono Guziki, jest ważny, a zdrajca nie? Przyznajemy się tylko do światła? Kiedy dotarłam do tych faktów i opublikowałam je w książce – rodzina się od Ludwika odcięła, twierdząc, że pokrewieństwo jest dalekie. Przykre.

Staram się jednak zrozumieć siostrę Herberta. Sama mam dwie siostry i chciałabym, żeby zawsze dobrze o mnie mówiły. Ale nie rozumiem siostrzeńca-historyka. Jego rolą jest przecież wierność faktom, prawdzie. A on klajstruje, brązowi. Jego sprawa – Władysław Mickiewicz zawsze będzie miał następców.

Skoro mowa o rysach na biografii i rodzinie: żona Herberta – być może niechcący – sama zdyskredytowała swojego męża, oskarżając go o brak umiejętności podejmowania decyzji i świadomych sądów w ostatnich latach życia. Mówię o wywiadzie, udzielonym przez Katarzynę Herbertową w 2001 r. „Gazecie Wyborczej”, której naczelnego Herbert nazwał przed śmiercią manipulatorem.

Joanna Siedlecka: Nie chciałabym jej oceniać. Proponowałam jej rozmowę – odmówiła. Miała do tego prawo, jej sprawa. Nie płakałam, nie rozpaczałam, nie zrezygnowałam z tego powodu z napisania książki. Wszystkie wdowy zawsze mi odmawiały (śmiech). Wolą wybrać sobie potulnych biografów, którym będą mogły, za przeproszeniem, wciskać swoje wizje. Odmowa była dla mnie swego rodzaju komplementem.

Sądzi pani, że wpływ na tę odmowę mogła mieć opinia demaskatorski, jaką nadano pani po opublikowaniu głośnej biografii Jerzego Kosińskiego?

Joanna Siedlecka: Być może. Katarzyna Herbertowa wiedziała, że nie oprę się tylko na jej wersji. Ostatecznie wyszło to mojej książce na dobre: byłam bardziej wolna, nie musiałam niczego z nią uzgadniać, pokazywać.

Pamiętajmy również, że Katarzyna i Zbigniew pobrali się bardzo późno. Herbert miał wtedy 44 lata. Początkowo zamierzałam pisać przede wszystkim o jego dzieciństwie i młodości, dlatego zależało mi na informacjach dotyczących lat wcześniejszych. Chciałam doprowadzić tę biografię do lat stalinowskich, ewentualnie do wyjazdu do Paryża. Tymczasem Katarzyna Herbertowa niewiele na ten temat wiedziała. Przecież Herbert pewne sprawy mitologizował wobec własnej żony. Czy pani mówi wszystko mężowi? Bo ja nie. Małżonkowi też się jakoś pokazujemy.

Dotarłam za to do innych członków rodziny: do kuzynki w Paryżu, do rodziny generała Mariana Herberta, do Herbertów krakowskich, do Kaniaków – rodziny matki Zbigniewa. Oni nigdy wcześniej nie mówili, a mieli coś do powiedzenia. Ponieważ zdobyłam sporo ciekawych relacji, dociągnęłam tę biografię do końca.

Czy po publikacji Pana od poezji pojawiły się jakieś nowe tropy, czy zgłosili się do pani ludzie z ciekawymi informacjami, do których nie udało się pani wcześniej dotrzeć?

Joanna Siedlecka: Owszem. Zazwyczaj tak właśnie bywa. Jestem teraz w lepszej sytuacji niż w trakcie pisania: już nie szukam, to do mnie ludzie docierają. Właśnie przygotowuję drugie wydanie biografii Herberta.

Czy coś się zmieni w rozdziale pt. Mak?

Joanna Siedlecka: Jak najbardziej. Mam nowe dokumenty, dowody, relacje ludzi, którzy to pismo robili i poczuli się zaprzeczeniami pani redaktor dotknięci. Sprawa „Maka” będzie zatem jak najbardziej rozbudowana.

„Mak” to, według zamieszczonych w pani książce relacji, pseudonim literacki Herberta.

Joanna Siedlecka: Poinformowano mnie, że pod koniec życia bardzo chory, odchodzący Herbert, drukował wiersze w dodatku „Słowa” właśnie pod tym pseudonimem. Zebrałam wiele relacji, osoba, które te wiersze odbierała i była inicjatorką zamówienia, sama mi o tym opowiedziała. Później, po publikacji książki, zaprzeczyła. Burzyło to bowiem idealny obraz Herberta, który z takim czasopismem jak „Słowo”, o korzeniach PAX-owskich, nie powinien mieć nic wspólnego. Miał prawo drukować w „Zeszytach Literackich”, ale nie tam.

Ponieważ moja książka pokazuje Herberta niejednowymiarowo, środowisko nie tylko rodzinne, ale także – a może przede wszystkim – krytyków usiłuje ją zdezawuować. To są ludzie, którzy, można powiedzieć, żyją z poety: piszą referaty, jeżdżą na herbertiady… To już nieomal przemysł. Trudno jednak dezawuować książkę tak dobrze udokumentowaną. Mało tego, to jest wybór zebranych przeze mnie materiałów! Dlatego też zamiast dyskusji próbuje się – najróżniejszymi metodami – nakłonić moich rozmówców do zaprzeczania swoim wcześniejszym wypowiedziom. Choć gorzej by było, gdyby mi o tym w ogóle nie opowiedzieli.

Niektórzy twierdzą, że wiersze napisane przez „Maka” są słabsze. Nieprawda! Proszę zerknąć, przecież to są utwory bardzo herbertowskie. Rzeczywiście nieco inne, ciepłe, ponieważ jest to liryka człowieka odchodzącego. Poza tym nie przesadzajmy – czy Herbert nie mógł pod koniec życia pisać słabszych rzeczy? Był z żelaza? Żądamy, żeby do końca pisał Pana Cogito? Przecież to szaleństwo! Miał prawo do spadku formy, chociaż akurat moim zdaniem te wiersze są bardzo dobre. A pierwszy, który umieściłam we fragmentach, mówi, moim zdaniem, o jego żonie:

Wypowiadasz moje imię. Słyszę. Nie ma miejsca. Dla mnie

W Twoim głosie.

(…)

Ujawnił się kosmos. Samotność. Brak więzi.

Rozszerzanie przestrzeni. Oddalamy się od siebie.

Bezpowrotnie. W ciemność. Z małym zapasem tlenu.

Przecież on brał tlen…

Moim zdaniem jest to bardzo osobisty wiersz, właśnie o jego odchodzeniu, o sytuacji dla obojga z pewnością niełatwej. On – tak szalenie przecież silny, był wtedy tak bardzo od żony zależny.

A wywiad udzielony przez żonę Herberta „Gazecie Wyborczej” wywołał najróżniejsze opinie. Zachowała się wobec niego nielojalnie i to niemalże tuż po jego śmierci. Udzieliła wywiadu tym, z którymi był w ideowym konflikcie. Zdradziła go. Wiersz proroczo tę sprawę przewiduje.

„Mak” publikował w dodatku do „Słowa” w roku 1996. To bardzo trudny czas dla autora Raportu z oblężonego Miasta.

Joanna Siedlecka: Moim zdaniem najbardziej dramatyczny okres w życiu Herberta to wcale nie stalinizm. Był wtedy młodym, samotnym poetą, dopiero zapowiadającym się. Najbardziej dramatyczny był właśnie ten okres ostatni, kiedy zdecydowanie artykułował swoje antykomunistyczne poglądy, zerwał z przyjaciółmi z opozycji, którzy go za to ostro, brutalnie zaatakowali.

Zerwał z salonami.

Joanna Siedlecka: No właśnie, nie zgadzał się z ich poglądami, przede wszystkim z brakiem grubej kreski, lustracji, z nienazywaniem pewnych rzeczy po imieniu.

To dość konkretne poglądy, za które nie posądza się o psychozę.

Joanna Siedlecka: A jego zaatakowano, insynuując chorobę psychiczną. Stary, wypróbowany chwyt – kto nie z nami, ten do psychuszki. To było dość okrutne. Herbert był wtedy samotny, w bardzo trudnej sytuacji finansowej i pisywał właśnie do „Słowa”.

Bardzo śmieszne pieniądze przy tym zarabiając – wspomina pani w książce o kwocie tysiąca starych złotych za wiersz!

Joanna Siedlecka: Co do pieniędzy, otrzymałam teraz inne relacje. Ale i taka suma jest ważna, każde pieniądze się liczą, kiedy jest się chorym i potrzebuje pielęgniarki, opieki.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach – w Panu od poezji zamieściła pani fragmenty swojej rozmowy z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, z której wynika, że i on miał problemy finansowe wynikające z niemożności publikowania. Po konflikcie z Giedroyciem zamieszczanie tekstów w „Kulturze” stało się niemożliwe. Nie chciano również go w „Tygodniku Powszechnym” ani w „Gazecie Wyborczej”. Dopiero „Rzeczpospolita” udostępniła swoje łamy autorowi Innego świata. „Byłem bezprizorny i trędowaty” – mówi Herling, a opowieść dotyczy już przecież czasów III Rzeczypospolitej!

Joanna Siedlecka: Wielu ludzi pod koniec życia spotkał podobny los. Kiedy zerwali z pewnym obozem, ujawnili swoje poglądy, niezgodne z, krótko mówiąc, poprawnością polityczną, kiedy je wyartykułowali, zostali brutalnie odtrąceni. Jest to o tyle gorzkie, że taki los spotkał ich właśnie w wolnej Polsce, o którą przez całe życie im chodziło. To jakiś niebywały paradoks. Nie ukrywajmy tego, nie lukrujmy. Giedroyc, Herbert, Herling – to były przecież także konflikty. Jerzy Giedroyc w jakiś sposób zaakceptował to, co się stało – przyjął przecież Kwaśniewskiego. Herling-Grudziński nie chciał się z tym pogodzić i został sam.

Wróćmy do Herberta. Jedną z największych tajemnic jego biografii jest to, że z nieśmiałego, dość nijakiego w gruncie rzeczy młodzieńca wyrósł Poeta i Obywatel. Nieuczestniczenie w walce, stryj-zdrajca, przeżycie okupacji sowieckiej we Lwowie, obserwowanie tragedii w pewnym PGRze już za czasów komuny – to kolejne etapy dojrzewania twórcy i człowieka. Tych tropów jest w pani książce więcej.

Joanna Siedlecka: Na pewno. Przecież nie starałam się pokazać Herberta jednowymiarowego, który kulom się nie kłaniał. Teraz próbuje się zrobić z niego kogoś takiego, tylko odwrotnie. Nie powiem, że robił jakieś świństwa, ale przecież nie był od początku wyizolowany, m.in. przeszedł małe peerelowskie przedszkole. O wielu rzeczach do tej pory nie wiedzieliśmy, choćby tego, że zaczynał w Gdańsku jako sekretarz ZLP na etacie. Wyjeżdżał w teren, organizował wyjazdy dla innych, widział, co się działo. Był w tym, za przeproszeniem, gnoju, absurdzie, w urabianiu literatów, w całym tym propagandowym światku. I wystąpił. Wydaje mi się to bardziej bohaterskie w 1951 r., kiedy przeprowadzano weryfikacje, niż w 1948, jak podawały jego życiorysy. Oczywiście nie pisał do takich gazet jak „Trybuna Ludu”, nie tworzył wierszy o Stalinie, ale tak absolutnie nie milczał. Pisywał w PAX-owskiej gazecie „Dziś i Jutro”. Po pierwsze – musiał z czegoś żyć, a po drugie – to była jakaś boczna dróżka. Nie szedł głównym torem, ale nie było tak, że kompletnie się wyizolował. Kolejny okres, o którym mówi Krzysztof Dybciak i to jest dosyć ważny rozdział: Herbert większość swojego twórczego życia spędził za granicą. On właściwie mieszkał w Paryżu. Wrócił po 1989 r., kiedy nie miał się już z czego we Francji utrzymać. W Polsce zniesiono cenzurę, ludzie mieli paszporty, więc na Zachodzie skończyły się dotacje dla emigracyjnych pisarzy. Dlatego musiał wrócić. Być może, oprócz ekspiacji, wstydu, że nie był z Baczyńskim i innymi Kolumbami, dołączył się i żal Pana Cogito podróżnika. Jednak, co tu dużo ukrywać – życie miał piękne. Wie pani, ludzie na spotkaniach nic o nim nie wiedzą, myślą, że siedział w więzieniu, głodował itd. Nieprawda! Miał przecież życie bardzo udane – wiele nagród, wyjazdów, podróży, pobytów za granicą, mieszkanie w Paryżu. Ale nikt go nie prześladował. O tym też się milczy. Wielu polskich pisarzy było represjonowanych, ale nie Herbert!

Nie licząc zakazu druku przez pewien czas.

Joanna Siedlecka: Bardzo krótki. Zakaz druku dotykał wszystkich, którzy podpisywali listy protestacyjne. Ale to był standard, w tym środowisku wręcz nie wypadało w latach 70. ich nie podpisywać.

Ale list do Dżochara Dudajewa nie każdy pisał.

Joanna Siedlecka: Tak, ale to już w późniejszym okresie, obywatelskim, kiedy nadrabiał swoje nieuczestnictwo w walce i w naszych problemach. Mieszkał w Paryżu, może niespecjalnie wygodnie, ale jednak pozbawiony polskiej szarości, nędzy. Publikował, otrzymywał wielkie nagrody. W ogólnym rozrachunku miał życie bardzo udane.

No i kobiety…

Joanna Siedlecka: No i kobiety (śmiech).

Helena Zaworska napisała recenzji biografii Herberta, że tytuł nie powinien brzmieć Pan od poezji, ale Pan od pań.

Joanna Siedlecka: Właśnie, na ogół w polskich biografiach kobiet prawie nie ma.

Poza Marylą…

Joanna Siedlecka: Poza Marylą (śmiech). To jakiś bezsens. Bardzo lubię biografie, a w nich również wątki prywatne. U nas jest jednak potworne zakłamanie pod tym względem. Czy Herbert miał kochać tylko żonę? Ożenił się późno.

Miał wiele kobiet, a te, o których napisałam, to jeszcze nie wszystkie. Jedna, bardzo ważna, odmówiła rozmowy na ten temat. Druga jest za granicą, ale obiecała, że kiedy wróci, opowie o swoim związku z Herbertem, być może jej relacja trafi do drugiego wydania.

Autor Struny światła był uroczym człowiekiem, poetą, a kobiety kochają poetów. Może nie wszystkie, ja na przykład nie (śmiech), ale niektóre lubią się nimi opiekować.

Miło być muzą?

Joanna Siedlecka: Muzą to się jest troszeczkę, przede wszystkim jest się opiekunką poety. Kobiety umożliwiały Herbertowi poświęcenie się twórczości. Było ich wiele, ale jedna z dwóch najważniejszych to pierwsza miłość, pani Halina Misiołek, starsza od niego, mężatka… Dla niego się rozwiodła, była jego muzą, ale zwłaszcza pomocą, oparciem.

Mecenasem…

Joanna Siedlecka: Oczywiście! Wysyłała mu paczki, wspomagała również finansowo. Między innymi z tego powodu się rozstali. Rozmawiałam z nią, wydaje mi się, że to bardzo ciekawa osoba. Nie intelektualistka, ale bardzo ciepła, dobra, do końca chciała coś dla niego zrobić. Przez całe życie o swoim związku z Herbertem milczała. Kiedy czuła, że odchodzi – miała 85 lat, po 2 zawałach – postanowiła o tym opowiedzieć. Słusznie zresztą, była przecież taką jego Marylą. Dlatego rozmawiała ze mną, wydała jego wiersze i listy – Listy do muzy i Pierwszy oddech. Te publikacje spotkały się również z kontratakiem rodziny, sprawa trafiła do sądu.

Pisze pani o tym w swojej książce dość oględnie.

Joanna Siedlecka: Sprawa jest w toku. O ile wiem, wdowa i siostra wytoczyły proces wydawczyni, która częściowo sprawę wygrała. Listy są bowiem własnością Haliny Misiołek i miała prawo z nimi robić, co jej się podobało. Natomiast co do wierszy, sprawa jest jeszcze w toku, jak się okazuje – kochanka powinna pytać żonę, czy może je opublikować.

Sądzę, że jest to po prostu nieładne. Obie panie powinny dojść do porozumienia. Wydaje mi się, że gdybym była żoną, a kochanka publikowałaby listy miłosne, które pisał do niej mój mąż, to próbowałabym się z tym jakoś pogodzić: miał prawo, nie był wtedy ze mną, prawda? Nie ukrywajmy, że w życiu Herberta były inne kobiety. Były i co w tym złego? Musimy to zaakceptować. Nie można usiłować być jedyną. To jest bardzo kobiece, ale małe.

Poza tym Herbert nigdy nie odebrał pani Misiołkowej swoich listów i wierszy. A przecież wiedział, że odchodzi, umierał parę lat. Gdyby tego zażądał, oddałaby mu rękopisy, była chodzącą dobrocią. Byli przecież do końca w kontakcie. Kiedy pisałam książkę, sprawa jeszcze nie była w toku. Zresztą – nie chciałam dociskać pedału.

Mówiąc żartem – proces można by było wytoczyć, ale z powodu jakości edytorskich tych publikacji. One roją się od błędów!

Joanna Siedlecka: Procesy z powodu błędów? Trzeba by je było wytoczyć połowie wydawnictw, tym największym też. Taka publikacja ma swój urok. To trochę samizdat wydany przez prywatne wydawnictwo. Być może inny wydawca się na to nie zdecydował, bojąc się podpaść lobby Zbigniewa Herberta? To musiało się ukazać w takiej formie. Błędy można zawsze poprawić.

Pokazywanie czegoś niezgodnego ze schematem, z hagiograficznym życiorysem, rodzi wielkie walki. Nie tylko u nas. Wszędzie. Choćby sprawa biografii Sylvii Plath. Jest stronnictwo męża, stronnictwo matki i biografie są pisane pod różnymi kątami. Właśnie powstała książka o tym, jak różnie usiłowano Plath pokazać. O Herbercie też pewnie może niedługo powstać tego typu publikacja.

Dobra biografia musi też być okrutna. Biograf nie powinien kochać swojego bohatera. Kazimiera Szczuka powiedziała w programie „Dobre książki”, że nienawidzę Herberta. Przesadziła, ona lubi zresztą trochę przesadzać. Fakt, wielu biografów kocha swoich bohaterów i pewnych negatywnych rzeczy o nich nie piszą. To nieuczciwe. Biografa kompromituje ukrywanie, kłamstwo, a nie nieukrywanie. Ale prawda ma swoją cenę. Ja zbieram teraz razy ze wszystkich stron. Prawica jest niezadowolona, bo pokazałam, że Herbert nie walczył, pił, po prostu był człowiekiem, a oni chcieliby ideału. Rodzina niezadowolona, przyjaciele niezadowoleni, krytycy również. Właściwie wszyscy są niezadowoleni. I bardzo dobrze! Bardzo dobrze! (śmiech) Ja nie piszę, żeby kogoś zadowolić. Biografia to samotne poszukiwanie prawdy.

Jeden ze świadków wspomina o naciskach wywieranych na Szwedzką Akademię, działalności pewnego lobby, które miało rzekomo nie dopuścić do tego, aby Herbert otrzymał literacką nagrodę Nobla. Wierzy pani w taki spisek?

Joanna Siedlecka: Prawie o tym nie pisałam, ponieważ obrady noblowskiego jury są utajnione. Musiałabym się oprzeć na pogłoskach, poruszać się na bardzo grząskim terenie, wolałam więc tego tematu nie ruszać. Najlepiej opowiedział o tym Marek Nowakowski: Herbert niewątpliwie miał wrogów usiłujących zrobić z niego zazdrośnika, który kłócił się z Miłoszem o Nobla. Wydaje mi się, że to była próba pomniejszania Herberta, robienia z niego pełzaka, który umierał z zawiści. Długo się z Nowakowskim przyjaźnił i nigdy o tym nie wspominał. Przecież dobrze wiedział, że Nobel nie jest koroną twórczości. Decydują często geografia, płeć, polityka, ostatnio poprawność polityczna, a nie to, że ktoś jest najlepszy. Choć, jak podkreśla Marek Nowakowski, nie wiadomo, co tak naprawdę w Herbercie tkwiło. Potrzeba uznania jest wpisana w jego zawód. Niewątpliwie cierniem musiało być to, że Nobla dostała Szymborska, poetka, co tu dużo mówić, o klasę jednak słabsza, o wiele klas nawet. Dobra, świetna, ale nie tak wybitna.

Zamieściłam na ten temat dość istotny przypis – fragment wywiadu z Reichem-Ranickim zamieszczonego w „Polityce”, w którym niemiecki krytyk mówi, że nie tylko jakość poezji zadecydowała o tym, że Szymborska a nie Herbert otrzymała Nobla. Z jakich zatem powodów? O to już dziennikarz nie zapytał. I nie wiem, czy kiedykolwiek się tego dowiemy.

Nie wydaje mi się zatem, żeby był to spisek. Mamy takie czasy: nie tylko poprawność, ale i fakt, że poezja o wydźwięku obywatelskim raczej nie jest w świecie zbyt ceniona. Przykre i smutne, ale tak jest. Być może poezja Szymborskiej – bardziej egzystencjalna – jest lepiej odbierana niż nasze, przykro to mówić, obywatelskie cierpienia?

Czy już pani zdecydowała, kto będzie bohaterem kolejnej książki biograficznej?

Joanna Siedlecka: Jeszcze nie. To wielka, ważna decyzja, ponieważ pisanie biografii jest niezwykle pracochłonne, trwa kilka lat.

Ile czasu poświęciła pani pisaniu Pana od poezji?

Joanna Siedlecka: Około trzech lat, a mimo to potem człowieka dezawuują, szarpią za nogawki siedząc sobie wygodnie przy biurku. Można oczywiście mieć wiele zastrzeżeń i nawet trzeba – nie zniosłabym milczenia. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, ile czasu zajmuje szukanie świadków, przeglądanie archiwów. Na przykład szukanie kolegów Herberta i jego rówieśników z Lwowa trwało ze trzy lata. Po raz pierwszy publikowałam ogłoszenia w prasie. Znaleźć kogoś ze Lwowa nie jest tak łatwo, chociaż można. Mówi się, że przedwojenni lwowiacy wymarli – nieprawda, trzeba tylko do nich dotrzeć. Jak się trafi do jednego, to później już jakoś leci.

Moje biografie reporterskie łatwo dezawuować, ale niech pani znajdzie uczniów z klasy Herberta, jego nauczycieli, rówieśników, jego pisma sprzed kilkudziesięciu lat.

Czy nie kusiło pani pisanie o jakimś żyjącym twórcy, na przykład o Miłoszu?

Joanna Siedlecka: Absolutnie nie, dopiero śmierć zamyka życie, pozwala je widzieć w pewnej perspektywie.

Za to można o wielu sprawach usłyszeć bezpośrednio od bohatera, skonfrontować jego relacje z informacjami świadków.

Joanna Siedlecka: To jest wywiad rzeka, a nie biografia. Absolutnie mi to nie odpowiada. Człowiek musi wtedy siedzieć z rozdziawioną buzią i słuchać tego, co mówi bohater. Jestem osobą, która jest twórcza w pojedynkę. A w sytuacji rozmowy z bohaterem występuje podległość! Wtedy pisze się na kolanach, pod kontrolą tzw. biografie autoryzowane, oficjalne. Mnie natomiast interesują raczej nieoficjalne.

Nota bene, kiedy zaczęłam zbierać materiały, bo od dawna się interesowałam Herbertem, jakoś się o tym dowiedział. Inteligentny, przewrotny człowiek (śmiech). Zadzwonił więc do mnie z pytaniem, co wiem, z kim rozmawiałam i usiłował mnie namówić na taki wywiad: już on mi wszystko powie. Co mogą wiedzieć o nim inni?

Nawet nie brałam tego pod uwagę. Już rozmowa telefoniczna była potwornie stresująca: tylko na moment mu się sprzeciwiłam – jak huknął, jak ryknął! Musiałabym być grzeczną uczenniczką, która słucha Mistrza.

Czyli jeszcze za życia poety myślała pani o napisaniu jego biografii?

Joanna Siedlecka: Zawsze należał do osób, które mnie interesowały. Ale pisać zaczęłam tak naprawdę po jego śmierci, ponieważ lepiej to robić z perspektywy. W miarę obiektywnie, bo kiedy autor jest blisko związany ze swoim bohaterem, często w związku z tym coś ukryje. Ja mam pisać prawdę, a nie odpowiadać na narodowe chciejstwa. Możemy się teraz poważnie zastanowić, dlaczego potrzebowaliśmy mitu świętego literatury polskiej. Dobrze wyjaśnia to Krzysztof Dybciak: polska literatura często się prostytuowała, kolaborowała, była na usługach władzy, literaci byli mali i skundleni, ale przecież mieli Herberta! Był odpowiedzią na potrzebę mitu twórcy idealnego. Ja ten mit zburzyłam i pokazałam człowieka, który upada, przezwycięża choroby, walczy, nie ma z czego żyć. I jest on przecież ciekawszy niżeli nudny pan z podręcznika, który zwiedza Grecję.

Ale ten ideał, mit, próbowano tuż przed śmiercią Herberta i wkrótce po sprowadzić do poziomu – wszyscy jesteśmy zabrudzeni.

Joanna Siedlecka: To była „reakcja” na jego wypowiedzi, ostre ciosy. Kochał przecież walkę. Trochę się z tego również śmiał. Właśnie – tak go zawsze śmiertelnie poważnie traktujemy, a przecież na jednym jego ramieniu siedział bożek tragizmu, ale na drugim – bożek ironii. Atakował wszystkich, nie był żadnym strategiem – tak się wyrażać o Miłoszu, o Michniku. Rozjuszał, nie owijał w bawełnę, więc i sam zbierał ciosy. Chociaż, moim zdaniem – zbyt okrutne, gorsze niż sam wymierzał.

Herbert sięgał po argumenty…

Joanna Siedlecka:… a z niego zrobiono wariata. To były ciosy poniżej pasa. Ale nie róbmy też z niego gołąbka, bo kochał walkę, prowokację. A w dziedzinie sportu – boks.

Największe odkrycie w trakcie pracy nad biografią Herberta?

Joanna Siedlecka: Młodość, trauma Lwowa, ilość świadków z tych lat. Herbert przecież nigdy się nie przyznał, do której szkoły uczęszczał, nawet nie jeździł do Lwowa. Zatem Kresy, osoby stamtąd, których szukałam tutaj, bo we Lwowie niewielu już zostało. Lwowiacy są we Wrocławiu, w Gdańsku, w Krakowie, nieliczni w Warszawie.

I jeszcze jedno – ludzie umierają. W trakcie pracy nad książką odszedł pan Ruziewicz, pani Misiołkowa, zmarło kilka osób. Często więc „łapałam” świadków w ostatniej chwili.

Zarzucono mi, że zbieram plotki, choć nie opieram się przecież wyłącznie na informacjach świadków. Staram się, żeby relacje były bardzo różne i żeby było ich jak najwięcej. Są również poparte dowodami, listami, zdjęciami. Słyszałam też, że szukam sensacji. Powiem nieskromnie – piszę moje książki sporym nakładem pracy i środków. Ale kto szuka, ten znajduje. I to są często tak ciekawe rzeczy, że mają posmak skandalu, sensacji. Fakt, że ten czołowy poeta obywatel nie walczył, albo że były w rodzinie wyroki, wydaje się przecież sensacją. Zbieram fakty, one są zawsze ciekawsze niż interpretacje.

Jak to się dzieje, że autorka biografii wybitnych pisarzy przyznaje się publicznie do tego, iż wyżej ceni literaturę faktu niż literacką fikcję?

Joanna Siedlecka: Interesuje mnie życie wielkich ludzi, które jest też wielką księgą. Piszą dzieło i zarazem piszą księgę swojego żywota. Żywot Herberta, Miłosza czy Gombrowicza – to wspaniałe księgi, równie interesujące jak ich dzieło.

Ale sięga pani czasem po fikcję?

Joanna Siedlecka: Rzadko, prawie wcale. Po powieści na pewno nie, chyba że realistyczne, oparte na faktach – Singera czy Sołżenicyna.

Nawet Gombrowicza?

Joanna Siedlecka: Gombrowicza tak, ale najbardziej lubię dziennik, wspomnienia polskie. Powieści też, ale jednak mniej.

rozmawiała Magdalena Walusiak

Kategorie
Literatura

Autorzy Fabryki Słów w trasie

Eugeniusz Dębski, Jacek Komuda, Andrzej Pilipiuk, Andrzej Ziemiański (tegoroczny laureat nagrody Zajdla za opowiadanie Autobahn nach Poznań) oraz Rafał A. Ziemkiewicz (nominowany do Zajdla za opowiadanie Cała kupa wielkich braci), czyli polscy twórcy fantastyki związani z wydawnictwem Fabryka Słów, na przełomie listopada i grudnia spotkają się z czytelnikami w kilku miastach Polski. Pisarze odwiedzą Lublin, Łódź, Warszawę, Gdańsk, Kraków i Wrocław.

Uwaga! Zmiany!

Plan wizyt

Lublin
22 listopada, godz. 16.00

salon Empik – Galeria Centrum III p.

ul. Krakowskie Przedmieście 40

Eugeniusz Dębski

Jacek Komuda

Andrzej Pilipiuk

Andrzej Ziemiański

Rafał A. Ziemkiewicz

Łódź
23 listopada, godz. 13.00

salon Empik

ul. Piłsudskiego 15/23

Jacek Komuda

Andrzej Pilipiuk

Rafał A. Ziemkiewicz

Warszawa
30 listopada, godz. 13.00

salon Empik – Megastore (Junior)

ul. Marszałkowska 104/122

Jacek Komuda

Andrzej Pilipiuk

Rafał A. Ziemkiewicz

Gdańsk
7 grudnia, godz. 13.00

salon Empik – Megastore

ul. Podwale grodzkie 8

Eugeniusz Dębski

Jacek Komuda

Andrzej Pilipiuk

Andrzej Ziemiański

Rafał A. Ziemkiewicz

Kraków
12 grudnia, godz. 17.00

Valkiria.net Kraków Plaza

Andrzej Pilipiuk

Wrocław
13 grudnia, godz. 17.00

Centrum Gier „Bard” Ruska 46C

Eugeniusz Dębski

Andrzej Ziemiański

wodnica

Kategorie
Literatura

Jáchym Topol: Siostra – fragmenty

Z gówniarzami Bohlera łączyła się jednak jeszcze jedna dziwna rzecz, a mianowicie ich zabawki, to one odebrały mi spokój. Te obrzydliwe tojfle, pajęcze, kosmiczne… czas leciał tak szybko, że przez te lata 1 i 2, i 3… i następne nagle pojawiły się całkiem inne zabawki… kręciłem głową nad tą nową generacją, a kiedy rozmawialiśmy o tym z chłopakami, wspominaliśmy swoje dziecięce światy.

Myślę, że te lalki i misie porzucone pod murem niemieckiej ambasady były ostatnimi normalnymi baśniowymi istotami, potem rozwiązał się worek z Atomowymi Galaktycznymi Kościotrupami… wystawy sklepów z zabawkami wyglądały jak reklamy Balu Wampirów… wszędzie wstrętni zakrwawieni zapaśnicy… Nuklearne aseksualne homunkulusy… Czarownice betonowych cel innej galaktyki, a nie to stare dobre ścierwo Baba Jaga, którą Hans i Greta u braci Grimm albo czeskie rodzeństwo Jeník i Mařenka i tak w końcu załatwili, żeby dziecięca dusza doszła do siebie po wszystkich grozach… wspominaliśmy z chłopakami swoje dziecięce zamki i prerie.

W tamtym czasie, zanim miałem nasienie i Psicę, która mnie od niego w dziecięcej niewinności uwalniała, także bawiłem się w świat, wojowałem w niezliczonych bitwach przy pomocy miniaturowych rycerzy i Indian, uczyłem się walczyć, żeby nie zaginąć w Dżungli, przynajmniej nie zaraz… tak samo moi dziadkowie toczyli wieczne boje na podłogach w zamku, przy pomocy złotych żołnierzyków, a na podzamczu choćby przy pomocy szyszek, a wszędzie być może ołowianych… i w tych zabawach dziecięcego świata zwyciężali Czejeni i Arapahowie, ganiali po preriach, kradli konie, podczas gdy nikczemnicy jęczeli przy męczeńskich palach, a nie odwrotnie, a biały rycerz zadawał cios czarnemu, a nie odwrotnie, a kapitan Kormoran ze swoim bratem tygrysem zwyciężał i nie gnił gdzieś na rei, tak to właśnie było, a nie odwrotnie, a Brutus szykował może sztylet, ale dawał staremu Juliuszowi szansę, nie inaczej… a prawdziwy okrutny świat był potem inny, ale to małe dobre dziecko miało przynajmniej świadomość określonych reguł… w tym wieku, kiedy w komórce na węgiel bawiliśmy się w górników i mieliśmy mleko pod nosem, dzisiejsi gówniarze zżywali się z wszelkimi bolszewickim faszystiodalnymi Poczwarami, khapitalistycznymi fantasmagoriami… Napastniczymi Obcymi Diabłami… tojflami i tojflikami… niechrześcijańscy Dżapońcy tego towaru oczywiście wymyślili najwięcej… wszelkich smocząt, które są jak skóra zdarta ze starego ślepego węża spod ziemi… Gamera kontra Gaos, potwór X z kosmosu… żeby się człowiek w końcu tego starego kosmosu chyba bał zamiast starać się być w nim szczęśliwym, spokojnym i czujnym w swym ruchu, jak czujny jest delfin, co sunie przez ocean. Przecież gdybyś nie wierzył, że ci kosmos da przynajmniej szansę… to co wtedy… głupi koniec bez początku… zapadnia, która zapada się jeszcze głębiej… Pająki… El beso de la mujer araña… i Maszyny Myślące, i bezmyślne biesy, między tojflami nie było żadnych pozytywnie naładowanych bohaterów, była to obrzydliwie zaklęta banda pieprzniętych i ostro postmodernistycznych szkodników… nie licząc milutkich zwierzątek wszelkiego rodzaju i wszelkich ras, nasze stwory były przynajmniej ludźmi i to w większości rycerzami i facetami, czy byli to kowboje, Indianie, starzy cieśle, żołnierze, nurkowie, w najgorszym wypadku chyba kosmonauci… a dziewczynki miały księżniczki na wydaniu albo Ribanny, albo jakieś niemowlaki, albo damy z ubraniami na zmianę… z tego wszystkiego została głupia Barbie, jednostajny robot, a niech ją już raz AIDS ściśnie i wrzuci do odkażanego wapnem grobu! Kląłem i wywracałem oczy, kiedy pewnej nocy Bohler zawiózł mnie swoim karawanem przed wystawę Centralnego Domu Zabawek.

Wyłączył światła samochodu i porządny kawałek drogi musieliśmy przejść piechotą, co trochę mnie podrażniło, bo właśnie wprawiłem się przy pomocy trawki w dobry humor. Dowlókł mnie do muru z wystawą i nagle zapalił mocną latarkę. Zjeżyły mi się włosy. Półki pełne były tojflów, a te potwory żyły! Dziarsko porozumiewały się ze sobą, grające wieże Maszyn Myślących obracały się z przerażającą szybkością i pluły ogniem, Drakule jeździli na Pająkach, Potwory z galaktyki Zador wypychały dzielnego Batmana, król Mutantów gadał o czymś w rogu wystawy z Fioletowym Monstrum, a Barbie… no cóż, robiła te rzeczy z bandą zapaśników… dobry Boże!… to była szalona impreza… nawet tej świni Złociszowi zrobiłoby się niedobrze, widząc to rzygałby aż miło… Najstraszniejsze jednak było to, co wyrabiali dziewięcioręcy Marsjańscy Błyszczele z tymi kilkoma Czejenami, których tu w tym okrutnym dzieciństwie musiano jakoś przeoczyć… związali ich i w każdej ręce trzymali… no, dam temu spokój.

Kiedy potwory nas przyuważyły, zaczął się wielki ruch, migotały jak robaki w kawałku starego sera i błyskawicznie poszły na półki, zamykały się za nimi pudełka i celofanowe opakowania i wystawa Centralnego Domu Zabawek w jednej chwili zaczęła wyglądać jak swoja fotografia.

No jak, dotarło do ciebie, co? – powiedział Bohler.

Myślisz, że…

Jasne, sprowadza je tu on, Ciemny Książę, chodzi mu o dzieci, to oczywiste.

A ci durni jareccy…

Ci kupują to jak roboty…

Problem jest chyba w tym – powiedział Bohler – że ludzkie plemię się rozpadło, tak, tak, rodziny to już nie to, co dawniej, powiedziałbym wręcz, że zgredy i zgredówy te tojfle kupują właściwie dlatego, że tych swoich latorośli nienawidzą i w głębi duszy cieszą się mogąc im przynosić te ciemne rzeczy, tylko że…

wiele tych rzeczy obróci się przeciw nim – dokończyłem za Bohlera…

tak, oni się tych swoich latorośli boją i chyba chcą je zniszczyć, zanim im dziatki wyrosną… ale wiele z nich te ciemne metody wychowawcze wytrzymuje i potem zaczynają dusić matuzalemów…

dlatego jest teraz tyle zabójstw w rodzinach, po domach, na daczach – mruknąłem…

Raskolnikow zanim zabił, musiał nieźle ćwiczyć swoją siłę na teorii nadczłowieka, tej teorii starego Nietzschego… – dopełnił moją wiedzę z literatury i filozofii Bohler…

a dzisiaj gówniarze załatwiają swojego starego zmordowanego tatę dla paru drobniaków…

tak, ale Raskolnikow miał przynajmniej tą wymalowaną kurwę Sonieczkę – powiedział Bohler – która mu pomogła…

co? On miał siostrę? To mnie dosyć zainteresowało…

ależ nie – powiedział Bohler – to była taka dziwka… ale przyniosła mu Biblię… potem… do pierdla… a przedtem miał tego płaksę Marmieładowa… i mama przyjechała do niego do parszywej Moskwy, razem z jego siostrą i miał też kumpli…

Bohler, ale co z tą siorą?

…no, chodzi chyba o to, że dzisiaj gówniarze są strasznie samotni, nie mają nikogo, mają telewizję i jeszcze tą przestrzeń wypełnioną tojflikami…

Bohler, czy ten Raskolnikow miał siorę, czy nie?

…bo ludzka społeczność się rozpadła, są tylko różne plemiona, które walczą w ciemności – medytował Bohler… – połączone albo podzielone interesami handlowymi… a gówniarze są strasznie samotni – czknął z przejęciem Bohler… – i samotni wyruszają nawet na ścieżkę wojenną ze światem, ale nie znają żadnych reguł, nie mają umowy, są sami, albo w złych plemionach, tych szczepach, a ponieważ nic nie wiedzą o umowie, to duszą innych, i rodzą się im kolejni opuszczeni gówniarze… a tym następni… i tak w kółko…

Bohler, czy Raskolnikow spał z Sonią czy z tą drugą siorą?!

…są po prostu jak atomy jakiegoś skurwionego modelu, który bez sensu błądzi w kosmosie, założę się: niektórzy nawet właściwie nie wiedzą, że żyją – zakończył dysputę Bohler.

Chciałem go wypytać, czy Raskolnikow miał siostrę i jakoś sprytnie dowiedzieć się, jaką mocą dysponowała, ale mieliśmy pełne ręce roboty. Włamaliśmy się do Centralnego Domu Zabawek i przeczesaliśmy magazyny. Więcej Czejenów nie znaleźliśmy, więc przynajmniej zabraliśmy tych z wystawy i oczywiście tu czy tam uszkodziliśmy trochę jakiegoś tojflika czy dwa. Potem Bohler przy czymś majstrował w rogach pomieszczenia, a kiedy zapalił lont, to uciekaliśmy już całkiem szybko i ledwie wskoczyliśmy do samochodu i przejechali kilkaset metrów, rozległ się słodki dla duszy wybuch i drogę dość długo oświetlał nam wspaniały czerwony blask od czasu do czasu przechodzący w zielone i żółte błyski, kiedy tojflikom w żarze pękały źródła złej siły, w co, Panie, wierzę z całą mocą. Czejenów wypuściliśmy na trawę za naszymi domami, na wolność.

dziekujemy za udostepnienie fragmentu wydawnictwu WAB