pitu, pitu…

Szatan mym pasterzem, nie brak mi Nietzschego

pitu, pitu… header image 1

Adieu Wołowino Adieu…

July 19th, 2008 · 3 Comments

→ 3 CommentsTags: na żywo

Open’er 2008

July 8th, 2008 · 12 Comments

No i jestem w domu po parodniowej eskapadzie do 3Miasta w towarzystwie 403 i Dosława. Cel główny, czyli Open’er, zaliczony. 

Poniekąd, ponieważ pierwszy jego dzień spędziłem na plaży testując wszystkie puby i bary na linii od Jelitkowa do Sopotu.  Drugi dzień to radość z powodu przesunięcia koncertu Badu na który nie mieliśmy szansy zdążyć, przypadkowego spotkania ze znajomymi które emigrowały do Anglii, oraz rewelacyjnego koncertu Sex Pistols. O Eryce nie wspominam bo w finale zapodała spektakl który swoją monotonia i napuszeniem zmulił mnie po czterdziestu minutach.

Badu vs Rotten

Mając za sobą występ Rottena i spółki, podczas którego ci starsi panowie dali niesamowity, jak na ich wiek i szlak bojowy, popis ekspresji i energii, patrzyłem na Badu jak na muzeum. Ot, stoi sobie na scenie baba ubrana w kapelusz przypominający tykwę, w tyłku ma kij, i smętnie zawodzi. Zero radości, ciepła, ekspresji. Miast tego wystudiowane ruchy, nadęta mina i muzycy sprawiający wrażenie, że Eryka lecąc już do Gdyni na chwile przestała dumać nad swym geniuszem i zorientowała się, że nie zabrała ze sobą zespołu. Na szybko skręciła więc paru muzyków studyjnych którzy mogę zagrać wszystko jak leci na przyzwoitym poziomie i wyszła na scenę. Zero soulu.

Dzień wcześniej wałęsając się po plaży w poszukiwaniu kolejnych dawek paliwa, trafiliśmy z Dosławem i 403 na mała knajpkę. Parę parasoli, cztery młode barmanki leżące na piasku, zero klientów. Siedliśmy, zaopatrzywszy się wcześniej w pakiet brizerów, z głośników poleciał Baduizm, i był to jeden z bardziej uroczych wieczorów tego wyjazdu. Dzień później słuchając Badu na żywo zastanawiałem się na ile w jej płytach jej samej, a na ile ogromnej kasy i umiejętności producentów.

W międzyczasie zerknąłem jeszcze na początek występu zespołu Interpol. Wrażenie takie jak rok wcześniej po zapoznaniu się z Bloc Party. Smętne to, wtórne i powtarzalne. Za rok nikt o nich nie będzie pamiętał.

Lao Che

Dzień trzeci rozpoczęliśmy podobnie jak pierwszy łażąc po plaży, wcinając ginące gatunki pokroju Dorsza i popijając soft drinki. Prawdziwym fartem dostaliśmy się na teren festiwalu na pól godziny przed występem Lao Che. Dopomógł nam w tym nieoceniony, jak się potem okazało, Radek z Wirtualnej Polski. Świetny rozmówca, dusza człowiek i postać posiadająca fenomenalny dystans do rzeczywistości. Korzystając z jego legitymacji prasowej ominęliśmy dzikie korki, szlabany kontrole, zasieki i bramki. Nie pozostało nic innego jak uzbroić się w piwo, siąść pod sceną i czekać na wybuch bomby.

Z przyjemnością obserwowałem jej uzbrajanie. Chłopaki krzątali się wokół instrumentów, stroili je, z głośników leciał czysty jak dupa niemowlaka dźwięk, zapowiadało się spore wydarzenie które zmiecie z ziemi widzów. Rozpoczął się koncert i… wszystko siadło. Literalnie. Miałem wrażenie, że w chwili gdy uderzyły pierwsze akordy pijany akustyk zsunął się po konsolecie ściągając w dół wszystkie heble.

Obserwacja budki z realizatorami dźwięku potwierdziła moje obawy. Trzech magików przepychało się próbując postawić dźwięk na nogi. W finale w chwili gdy w powietrzu pojawiały się basy, dźwięk tężał i zamieniał się w niemożliwą do zinterpretowania magmę.  Na scenie nie było weselej. Spięty nie wchodził z wokalem w rytm, nie słychać było basu, trąbki powodowały zagłuszenie całości, a muzycy wydawali się grac bez odsłuchów wchodząc sobie co chwila w paradę. To jednak kwestie techniczne lezące po stronie organizatora koncertu. Samo Lao Che nie miało bowiem dobrego dnia. Świetny pomysł jakim jest niewątpliwie zapodanie do kapeli sekcji dęciaków moim zdaniem nie wypalił. Widać było brak zgrania. Rozwlekłe wersje sztandarowych utworów średnio pasowały do niespełna godzinnego koncertu będącego otwarciem dnia trzeciego.  Numery z Powstania nijak nie pasowały do zlanej upałem rzeczywistości. Do tego Spięty mylił teksty, nie trzymał rytmu i zarządzał zbyt długie przerwy pomiędzy utworami. Wiernym fanom nie przeszkadzało to w dobrej zabawie. Ja oddaliłem się w poszukiwaniu ciszy i trafiłem na drugi po Sex Pistols cukierek czyli Vavamuffin.

Łobuzerka

Kiedy dotarłem pod scenę na której grała płocka formacja Vavamuffin trudno było wcisnąć tam szpilkę, a tłum wciąż napływał. Pulsujące, rytmiczne, pozbawione blazy reggae płynęło w powietrzu dając radość zarówno muzykom jak i publiczności. Tak dobrej zabawy nie dostarczył żaden z widzianych przeze mnie zespołów. Czysta energia. Chłopcy zostali zresztą za nią skarceni. Koncert trwał już od dłuższej chwili, publika bliska była eksplozji kiedy jeden z wokalistów stwierdził:

- mamy takie wrażenie, ze cały ten festiwal to impreza dla nowych mieszczan. Obudźcie w sobie chuliganów.

Proste skojarzenie jakie miałem to cytat z Bobkowskiego który twierdził, że wolny człowiek zawsze będzie miał w sobie cos z chuligana. Nie wiem jakie skojarzenia miała publiczność, ale chyba były podobne bo zabawa rozkręciła się jeszcze bardziej i radosnym pląsom oddali się nawet pilnujący publiczności ochroniarze.

Innego zdania był niestety organizator koncertu. Po jego zakończeniu za kulisami pojawił się jego przedstawiciel i obciął gażę muzyków o 50% za… nawoływanie do zamieszek. Jeśli to prawda, informacje przytaskał 403 który zna się z chłopakami, to jest to największa siara tego festiwalu.

Atak chemiczny

Najbardziej klimatyczny koncert festiwalu, występ Massive Atteck, poprzedzony został setem grupy Goldfrap. Jak dla mnie muzyka godna supermarketu, bądź długiej nocnej trasy samochodem. Nie przeszkadza, koi nerwy, wchodzi jednym uchem wychodzi drugim. Sprawnie, profesjonalnie, z zaangażowaniem, ale bez jaj.

Massive to dokładne przeciwieństwo Goldfrap. Z pozoru stonowane kompozycje maja w sobie tajemniczość, emocje, klasę, styl, nieprzewidywalność. I taki był ich koncert na Open’erze. Zostałbym na nim do końca gdyby nie 403 i jego szwendacz który najpierw wyciągnął mnie podstępem z tłumu, a potem zaciągnął do namiotu Marlboro, gdzie półnagie laski rozdawały zapalniczki Zippo  w rytm ostrego techno odgrywanego w cybernetycznym wnętrzu wypełnionym po brzegi ciekłokrystalicznymi monitorami, naparzającymi w oczy stroboskopami i generowanym elektronicznie trójwymiarowym didżejem. Mega wypas.

Dla Chemical Brothers którzy dali show na koniec festiwalu mam pewien patent na jeszcze większą kasę. I to bez konieczności ruszania się z domu. Patrząc na to co zaprezentowali doszedłem bowiem do wniosku, że równie dobrze mogą dawać równocześnie nieskończona praktycznie liczbę koncertów na całym świecie. Wystarczy postawić scenę, ogromne wyświetlacze, dodać lasery, dymy, zaopatrzyć się w kompakt obsługujący większa ilość płyt równocześnie, wsadzić do niego krążki ze wszystkimi wydanymi albumami, odpalić całość i iść spać. Publiczność i tak oszaleje, a chłopaki nie będą się przemęczać parogodzinnym staniem na scenie.

To by było na tyle. Teraz małe podsumowanie:

Wydarzenie: Sex Pistols, Vavamuffin, Chemical Brothers, Massive Attack

Rozczarowanie: Lao Che, Erikah Badu

Sranie w banie: Goldfrap, Erikah Badu, Interpol

→ 12 CommentsTags: Muzyka

Masa krytyczna

July 2nd, 2008 · 10 Comments

dwie scenki:

1. jakies dwa lata temu jadac ujazdowskimi w warszawie zauwazylem rowerzyste smigajacego slalomem po obu pasach tej ulicy blokujacemu tym samym przejazd jadacym za nim samochodom. przed nim powietrze, za nim maly korek. mijajac go zatrabilem krotko sugerujac zeby trzymal sie kraweznika. zrobilem to w trosce o jego dobro. zderzenie z autem ktoremu w ramach slalomu wjechalby pod kola mialoby wiadomy dla niego skutek. pareset metrow dalej zatrzymaly mnie swiatla na skrzyzowaniu. gosc dojechal do nich w pelnym pedzie, wyjechal mi z kopa urywajac lusterko, naplul na szybe i pomknal w w boczne uliczki pokazujac faka.

2. zeszlej zimy wychodze z domu w centrum warszawy. snieg pada tak ze nic nie widac. mroz jak cholera. w polaczeniu z rozkopanym ustawicznie miastem i piatkowym wieczorem daje to gigantyczny korek. patrze i co widze? Mase Krytyczna i… kolesia ktory mi uwalil lusterko w pierwszym szeregu tego protestu. obsmialem sie jak norka widzac zadowolone miny “aktywistow” i nie mniej rozbawione twarze kierowcow. samochodziarze zamkniecie w ocieplanych pojazdach mieli niezla polewe z “dzialaczy” grzeznacych w mrozie, sniegu i blocie w imie pokazania chamom za kolkiem gdzie jest ich miejsce.

tyle mialbym do powiedzenia w temacie Masy Krytycznej. dodam tylko ze cala ta akcja jest dowodem na zupelne niezrozumienie praw rzadzacych swiatem. kierowcy nie sa przeciwnikami rowerzystow, ani odwrotnie. wine za korki, brak miejsc postojowych, sciezek rowerowych ponosza wladze miast, a cala ta MK przypomina mi bitwe dwoch grup niewolnikow ktorzy bedac za slabi zeby podniesc reke na swego pana szlachtuja sie nawzajem ku uciesze wladcow.

→ 10 CommentsTags: bla bla