Film Frida miała być w założeniu kroniką życia rewolucjonistki politycznej, artystycznej i obyczajowej – Fridy Kahlo (Salma Hayek) oraz jej długiego i pełnego konfliktów związku z artystycznym mentorem, a potem mężem Diego Riverą (Alfred Molina). Po obejrzeniu filmu można mieć jednak bardzo mieszane uczucia.

Z jednej strony obraz Fridy jest nad wyraz smakowity. Główna bohaterka zagrana jest bardzo solidnie, Salma Hayek, kojarzona głownie z drobnymi rolami, w których głównym jej atutem był zabójczy seksapil, wspięła się na szczyty gry aktorskiej. Emocje budowane przez nią od pierwszych kadrów filmu, wciągają widza w świat, sztuki, miłości, ambicji i polityki. Obserwując ta aktorkę trudno uwierzyć, że gra ona swoją postać. Łatwiej uznać ja za samą Fridę. Wspaniale oddaje bowiem emocje bohaterki filmu, jej potrzeby estetyczne czy fizyczne. W sumie trudno sobie wyobrazić ten film bez Hayek, by nie rzec wprost, że bez niej ten film nie miał by szans na poruszenie widza.

Bardzo przekonywująco przedstawiono miłość łącząca Fride z Diego Riverą. Człowiek ten był mentalnym potworem nieznającym granic moralności, którego poczynania mogły by doprowadzić do zawału większa cześć babskiej populacji. Łączyły go z Fridą zapatrywania na sztukę, politykę i na lojalność która powinna łączyć partnerów. Wszystko, co potrzebne, zostało w filmie pokazane i wbrew popiskiwaniom feministek, które najchętniej

ukrzyżowałyby Riverę za jego poczynania z kochankami, malarz ten został pokazany na ekranie w sposób, który budzi zrozumienie, a nawet sympatię.

Od strony estetycznej też nic tej produkcji zarzucić nie można, elementy obrazów przeplatają się w przepiękny sposób z kadrami z filmu, muzyka świetnie współpracuje z fabułą. Animowane przerywniki, żywe obrazy, sposób kadrowania – wszystkie te elementy poprowadzone są przez reżyserkę filmu w sposób praktycznie doskonały. Co prawda pani Julie Taymor dbałością o wizualne szczegóły urzekła już widzów przy okazji Tytusa Andronikusa, jednak tym razem mamy do czynienia z jeszcze bardziej perfekcyjnym podejściem do obrazu.

Dlaczego więc film budzi we mnie mieszane uczucia? Oczywiście za sprawą postaci Lwa Trockiego. Człowiek, który ma na rękach krew milionów ofiar, przedstawiony jest w formie protoplasty hipisów. Jest tak nijaki, że nie biorąc pod uwagę wiedzy historycznej, a sam obraz filmowy, zastanawiające staje się, co właściwie Frida w nim widziała. Ta postać jest w filmie po prostu nijaka. Do tego stopnia, że degeneruje obraz samej Fridy, która chwilę po pokazaniu jej w roli namiętnej i perwersyjnej kochanki zamienia się w niewybrednego emocjonalnie osobnika, któremu wszystko jedno z kim idzie do łóżka. Tymczasem wystarczyło dobrze zbudować psychopatyczną osobowość Trockiego, żeby zyskać dodatkową głębię głównej bohaterki. Nie mówiąc już o aspekcie poznawczym filmu. A tak, bez jasno sprecyzowanych osobowości głównych bohaterów, filmik staje się błahy, faktograficznie płytki i interesujący jedynie jako doskonale sfilmowana historia.

Reżyseria: Julie Taymor

Scenariusz: Rodrigo García

Na podstawie książki: Hayden Herrera

Obsada:

Salma Hayek – Frida Kahlo

Alfred Molina – Diego Rivera

Antonio Banderas – David Siqueiros

Ashley Judd – Tina Modotti

Geoffrey Rush – Leon Trocki

Edward Norton – Nelson Rockefeller

minimal