Blog Strona 114

Alkohol dietą cud?

0

Atrur Włodarski z Gazety Wyborczej napisał arykul o tym jak to możliwe, że spożywając duże ilości kalorii zawartych w alkoholu, spożywający regularnie nie są grubsi od tych co nie piją. No bo pomyślmy, jeśli jeden pączek ma 200 kcal, a 0.5 litra piwa 380, to lepiej wsunać kilka pączków niż popić ze znajomymi, waga na tym zyskuje. Tymczasem objadajacy się słodyczami są słodkimi grubaskami, w przeciwieństwie do imprezujacych kolesiów.

Oczywiście wyjątkiem są piwosze, im brzuszek się zaokragla w podobnym stopniu. Jako płeć dbająca o wagę, a przynajmniej starająca się to robić, staję przed dylematem: ukochany karmelowy gofer czy szklaneczka ginu? I jakoś trudno mi uwierzyć, że to drugie mnie bardziej utuczy. Oczywiście przeprowadzono badania, podawano ochotnikom tą samą ilość kalorii, tylko w różnej postaci, jedni z alkoholem, drudzy bez. Wynik ? kaloria jest kalorią, i teoria o różnicy kalorii ” alkoholowych” i „tłuszczowych” odpada.

Więc???

Odpowiedź jest banalnie prosta: alkohol obniża łaknienie, ci którzy dużo piją, mało jedzą. Czyli chcąc schudnąć wszystkie grubaski powinny się przerzucić na napoje wyskokowe. Niestety nie jest to takie proste – kolejne badania potwierdziły, że pijący są szczuplesi nie przez to, że piją…tylko dlatego, że są szczuplejsi ! Alkohol różnie działa na osoby z różną wagą: szczupli jeszcze schudną, ale grubsi przytyją. Natomiast – dobra wiadomość dla większości populacji – osoby o przeciętnej wadze raczej zrzucą niechciany tłuszczyk (po warunkiem, że nie ograniczą się tylko do piwa).

Lekarze tłumaczą ten fakt wpływem alkoholu na wydzielanie insuliny – alkohol obniża jej poziom, tylko pod warunkiem, że osoba nie jest otyła. Dlaczego tak jest nadal pozostaje zagadką. W każdym razie – wino do jedzenia i coś mocniejszego w czasie spotkań towarzyskich skuteczna metodą na walkę z tłuszczem.

Jest tylko jedno małe „ale” – dlaczego wracając z trunkowego wieczoru zawsze opróżniam lodówkę ? ale może jestem wyjątkiem ?

Zestawienie kalorii alkoholowych:

Piwo jasne, 0.5 litra – 380

Ajerkoniak – 320

Wódka czysta – 280

Gin – 300

Wiśniówka – 240

Szkocka whiskey – 250

Woda mineralna – 0

Magda Brus

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Eddie Palmieri – biografia

0

Pianista, kompozytor, aranżer. Urodził się w 1936 roku w USA. Młodszy brat słynnego pianisty Charlie Palmieriego. Swoją karierę rozpoczął wspłółpracując na początku lat 50. z Orkiestrą Eddie Forrestera. Kolejnym zespołem była grupa Johny Segui, do której dołączył w 1955 roku. Sześc lat później powstała jego pierwsza, słynna już dziś formacja Conjunto La Perfecta. W tym zespole po raz pierwszy Palmieri pokazał swoje niekonwencjonalne podejście do instrumentacji, dzięki czemu zespół brzmiał niepowtarzalnie i bardzo indywidualnie. W owym czasie była to jedna z najciekawszych formacji grających muzykę z pogranicza jazzu i latin.

Palmieriego nie inspirowały wyłącznie latynoskie brzmienia. Duże znaczenie miała dla niego również twórczość wspaniałych jazzmanów, takich jak: Bill Evans, Art Tatum, Herbie Hancock czy Miles Davis. To łączenie i przenikanie się kilku stylów pozwoliło Palnieriemu w następnych latach wielokrotnie zaskakiwać publiczność zmianami chrakteru tworzonej muzyka.

Mówiąc o takich stylach, jak latin jazz, salsa, bomba czy plena nie sposób pominąć znaczenia Palmieriego dla rozpropagowania i przybliżenia ich szerszej publiczności, czego wyrazem jest 5 statuetek Grammy i wiele innych prestiżowych nagród.

Mariusz Gregorowicz

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Grzegorz Rosiński vs Minimal Bros A.D. 2000

0

Minimal Bros: Jednym z mniej znanych (jeszcze) tematów okołothorgalowych jest płyta zatytułowana Thorgal Music, na której znaleźć można utwory takich zespołów jak Deep Forest czy Era. Jak doszło do jej powstania?

Grzegorz Rosiński: Płyta powstała z miłości do Thorgala, dzięki młodym kompozytorom belgijskim, miedzy innymi przyjacielowi mojej córki, kompozytorowi i świetnemu chłopakowi, który wyszedł z pomysłem. Potem kupił to Deep Forest, który zachwycił się ta muzyką. Eric Mouquet – prowodyr zespołu – dorobił własne aranżacje, stworzył zresztą więcej utworów niż jest na płycie i tak się zaczęło.

rozmawiał minimal

*Chodzi o komiksy ilustrujące polskie legendy o Smoku Wawelskim, Popielu, Królu Kraku, Piaście Kołodzieju, w których dymki wypełnione były trójjęzycznym tekstem, i słownikiem umieszczonym w wewnętrznych stronach okładek.

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

J. K. Rowling: Harry Potter i kamień filozoficzny

0

Największe wydarzenie literackie 1999 roku. Bezprecedensowy sukces wydawniczy europejskiej literatury w USA. Błyskawiczna, nieprawdopodobna wręcz kariera szkockiej pisarki J.K.Rowling. Zarzuty o plagiat i groźba procesu. Zainteresowanie dziecięcą literaturą w Hollywood. Zakaz czytania powieści w jednej z brytyjskich szkół.

Te hasła można mnożyć. Dominowały na łamach amerykańskiej i brytyjskiej prasy w ubiegłym roku. Teraz pierwsza część cyklu o uczniu szkoły czarnoksiężników Harrym trafiła do rąk polskich czytelników. Nie tylko najmłodszych, jak pokazują opinie na dyskusyjnych grupach poświęconych książkom i literaturze. Pierwszy tom trzyczęściowego, jak na razie, cyklu porównywany jest przez czytelników do powieści Edith Nesbit (i słusznie!), opowieści z Narnii C.S. Lewisa i Alicji w krainie czarów. Kolejnym skojarzeniem może być również pierwsza część tetralogii Ursuli Le Guin – Czarnoksiężnik z Archipelagu. Choć zdecydowanie więcej tu humoru (niemała w tym zasługa tłumacza Andrzeja Polskowskiego) i beztroskiej zabawy. Więcej – nie oznacza, że to jedyne walory tej opowieści.

Przede wszystkim Harry Potter i kamień filozoficzny to porcja znakomitej literatury dla młodych czytelników. Barwna, pełna przygód opowieść, chwilami mrożąca krew w żyłach, niekiedy zabawna, chwilami pouczająca, ale bez dydaktycznego smrodku. Historia o walce dobra ze złem, w której może wziąć udział zupełnie przeciętny młody człowiek. Nietrudno zatem utożsamić się z takim bohaterem. Kto wie, czy w przedrzeźnianym, wyśmiewanym i popychanym na każdym kroku okularniku nie kryje się znakomicie zapowiadający się czarodziej?

Po przeczytaniu ostatniej strony odłożyłam książkę z żalem – więc to już koniec? Na szczęście nie. Teraz będę czekać na kolejny tom 🙂

Media Rodzina, 2000

Magdalena Walusiak

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Joanna Chmielewska: Przeklęta bariera

0

Przeklęta bariera to kryminał, romans i humorystyczna obyczajówka, czyli to, co zwykle u Chmielewskiej, a do tego.. SF! Ze zdecydowanym naciskiem na F, bo naukowych wyjaśnień jest w tej powieści jak na lekarstwo. Ale to nie pretensja, broń Boże! Gdyby akurat ta autorka zaczęła się bawić w techniczne szczegóły przyczyn tajemniczych wydarzeń, książka straciłaby zapewne tempo i potoczystość. Nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że główna bohaterka Katarzyna odbywa niewyjaśnione podróże w czasie – to wiadomo od pierwszych akapitów. Krótko mówiąc przypomina się Małgosia kontra Małgosia czy Godzina pąsowej róży, tylko na odwyrtkę.

I, w przeciwieństwie do wymienionych dwóch tytułów, zdecydowanie i obyczaje, i warunki życia w naszej rzeczywistości podobają się bardziej zarówno głównej bohaterce, jak i autorce. A zamieszania z powodu zawirowań czasowych jest co niemiara, zwłaszcza zabawnych nieporozumień i humorystycznych sytuacji, co miłośnika książek Chmielewskiej doprowadzi niejednokrotnie do kwiku, rechotu, podejrzanych drgawek i – nazywając rzecz po imieniu – może go zakwalifikować do umieszczenia w pokoju bez klamek. Dlatego zdecydowanie odradzam czytanie Przeklętej bariery w miejscach publicznych. I z pełną odpowiedzialnością stwierdzam – w przeciwieństwie do takich sobie powieści z ostatniego dziesięciolecia, zwłaszcza tych hazardziarsko-hippicznych, Przeklęta bariera wciąga od pierwszych stron i śmiało można ją postawić obok Lesia i Całego zdania nieboszczyka. Lądowanie w Garwolinie zostawiłabym na nieco niższej półce.

Vers, 2000

Magdalena Walusiak

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Tomasz Tomaszewski o swojej pracy i nie tylko

0

Minimal Bros: Jest pan jedynym polskim fotografem w „National Geographic”. Pańskie zdjęcia znalazły się w zbiorze najlepszych zdjęć tego magazynu zatytułowanego Oczami Fotografów. Z pewnością wiele osób dręczy pytanie jak zostaje się fotografem „National Geographic”?

Tomasz Tomaszewski: To bardzo trudne, w ciągu ostatnich czterech lat została zaakceptowana jedna osoba, kobieta.

Decyduje o tym dyrektor fotografii, który szuka ludzi, którzy nie tylko potrafią robić zdjęcia – bo to jest oczywiste, że muszą być wykonywane na przyzwoitym poziomie ? szuka ludzi, którzy są również dziennikarzami.

Myślę, że także takich, którzy potrafią dostarczyć materiały, ale również zapanować nad dość skomplikowanym procesem. To jest rodzaj produkcji, z którym ma się do czynienia, więc trzeba potrafić zorganizować to sobie. W tej chwili ekonomia nie jest tak wspaniała jak dawniej, w związku z tym fotograf jest właściwie zostawiony sam sobie i musi przygotować materiał.

W tej chwili ja pracuje nad czymś co fotografuje w jedenastu krajach, każdy wyjazd do danego kraju muszę sam przygotować, muszę znaleźć tłumacza, wiedzieć dokąd pojechać, zdobyć informacje, zarezerwować hotele i może to wszystko nie jest skomplikowane, ale musze nad wszystkim sam zapanować.

Minimal Bros: Jedna osoba w ciągu 4 lat? Z pośród ilu została wybrana?

Tomasz Tomaszewski: Codziennie kilkanaście osób wysyła swoje portfolia na adres tego dyrektora fotografii, albo próbuje z nim się osobiście spotkać w Waszyngtonie. Więc można powiedzieć, że w ciągu miesiąca jest to 70-80 osób, które próbują pokazać swoje prace.

Dyrektor fotografii jeżdżąc po świecie spotyka się z młodymi ludźmi, fotografami. Jeździ na przykład na wielkie imprezy takie jak Perpignon, gdzie przyjeżdżają ludzie zajmujący się dziennikarstwem fotograficznym. Przygląda się temu co się dzieje na rynku fotograficznym, w fotografii prasowej, dokumentalnej i decyduje… ale jak powiedziałem w ciągu 4 lat zdecydował się na jedną nową osobę.

Jest więc to dość skomplikowany proces, lecz problem polega też na czymś innym. Jest po prostu tak duża ilość materiałów wyprodukowanych i nie wydrukowanych, że „National Geographic” mógłby się ukazywać przez następne 115 lat, używając tego co jest odłożone na półki i jest na bardzo wysokim poziomie, ale z jakiegoś powodu nie znalazło miejsca w publikacji, bo na przykład był jakiś konflikt merytoryczny z materiałami, które wcześniej były zrobione.

Dziś trudno jest mówić, że opisujemy świat, że pokazujemy go takim jaki jest, gdyż wiemy doskonale jak wygląda. Więc szuka się ludzi, którzy potrafią dostarczyć fotografii, która interpretuje świat i to również dotyczy zdjęć dzikich zwierząt czy przyrody. To jest dość skomplikowane, żeby zrobić to w kolorze na takim poziomie, dlatego tak niewiele osób nowych się dostaje do Nationala i to jest złe, bo powinni być nowi ludzie, którzy przynoszą nową formę, którzy są bardziej odważni, nie wpadli w rutynę. Takich osób jest wiele, ale niestety w tym magazynie pojawiają się oni rzadko.

Minimal Bros: Czy planowane jest wydanie albumu z pańskimi zdjęciami?

Tomasz Tomaszewski: Dla mnie książka jest czymś specjalnym i muszę powiedzieć, że jest mi jakoś wstyd, gdy przyglądam się temu co się dzieje na polskim rynku. Widzę setki książek, które są po prostu o niczym, które są zbiorem banalnych, prostych, najczęściej głupich fotografii, które są po prostu estetyczne i na tym się to wszystko kończy. Nie mam materiału w tej chwili, na tyle dobrego żeby móc się odważyć i zaproponować komuś jego wydanie. Nie odważę się na coś takiego.

W tej chwili pracuje nad materiałem, w którym po raz pierwszy od jakiś 10 lat czuję, że mam do zaproponowania coś ciekawego i nowego. Nie wiem czy to będzie bardzo odkrywcze, ale mam trochę fotografii, które pokazują rzeczy do tej pory w ogóle nie fotografowane. Nie jest to pomysł nowy, fotografuję pewną grupę ludzi, która była wcześniej przez wielu fotografów uwieczniana.

Ale mam rzeczy, których nie widziałem u nikogo innego, więc może odważę się zaproponować jakąś większą formę. Nie wiem czy to będzie książka z twardą okładką, ale na pewno będzie to forma większa niż magazyn. Ten materiał będzie publikowany w marcu 2001, lecz chwile potem będę próbował złożyć ze zdjęć, które zrobiłem i które będę robił jeszcze w tym roku, właśnie coś w rodzaju książki.

Minimal Bros: Był pan jednym z jurorów konkursu World Press Photo, corocznej imprezy gromadzącej najlepsze zdjęcia prasowe z całego świata. Jak wiadomo jest to najbardziej prestiżowe wydarzenie tego typu na świecie i wiadomo też, że wzbudza ogromne emocje. Padają pod adresem konkursu zarzuty, iż ukazuje jednostronny obraz świata, pełnego przemocy i wojen, zarzuty mające świadczyć o komercjalizacji przemocy. Jakie jest pańskie zdanie na temat tego typu stwierdzeń?

Tomasz Tomaszewski: Jeśli to świadczy o czymkolwiek, to tylko o tym, że my nie rozumiemy czym jest konkurs World Press Photo. Po prostu ludzie, z reguły nie czytają czym jest ten konkurs i oczekują od niego, żeby stał się czymś uniwersalnym co załatwi wszystko czego nie może załatwić, ponieważ jest to konkurs zupełnie o czymś innym.

Ludzie oczekują od fotografii wielu rzeczy, również takich, których fotografia nie może im załatwić. Żądają od fotografii, żeby ona przemówiła, od konkursu fotografii prasowej żądają, żeby był uniwersalnym konkursem, który opisuje świat takim jakim jest. World Press Photo jest konkursem, który zajmuje się bardzo wąskim wycinkiem fotografii, który nazywa się fotografią prasową, a więc taka która dostarcza najważniejszych informacji.

Jeśli ktoś fotografuje przepiękny pejzaż to na tym konkursie nie zdobędzie nagrody, bo to że słońce wschodzi codziennie rano nie jest informacją prasową. To, że gdzieś jest pięknie postawiony dom, z przepiękną architekturą nie jest informacją, która pozwoli wydrukować to zdjęcie na pierwszej stronie. Nam się nie podoba, że głównymi informacjami prasowymi, są informacje o cierpieniu ludzi i o tym, że robimy sobie krzywdę codziennie, ale tacy my jesteśmy. Czy nam się podoba czy nie, to tacy jesteśmy, mimo tego iż chcielibyśmy żeby było lepiej to nie jest wcale tak dobrze pod koniec tego XX wieku.

Przecież my zachowujemy się po prostu okropnie, zajmujemy się głównie robieniem sobie krzywdy i ten konkurs jest odbiciem tego. Więc nie oczekujmy tego czym się ten konkurs po prostu nie zajmuje, to nie jest konkurs fotografii artystycznej, czy na kreację. To jest konkurs promujący i zajmujący się wyłącznie press photography.

Wystarczy przeczytać tytuły 8 kategorii, jedyna z nich, która może mówić o czymś uniwersalnym to kategoria Daily Life, najtrudniejsza do zwyciężenia i tak naprawdę jedyna wartościowa w jak najgłębszym tego słowa znaczeniu. Reszta kategorii to balansowanie między szczęściem, znajomością geografii, wiedzą gdzie się powinno być w jakim momencie i prędkości z jaką dostarczy się to zdjęcie do swojej macierzystej gazety. Ale bardzo się cieszę, że ten konkurs jest tak popularny w Polsce, sam się tym zajmowałem, gdyż uważam, że szczególnie w Polsce należy promować każdy rodzaj fotografii w tym fotografię prasową.

Bo my na ten temat nic nie wiemy, ponieważ fotografia, a szczególnie fotografia prasowa przez ostatnie 50 lat była w Polsce niszczona. Komitet centralny, wydział propagandy doskonale wiedział jakie to bardzo niebezpieczne medium i jak trudno nim manipulować. W związku z tym zepchnięto ten rodzaj fotografii do poziomu substytutu, który wspomaga pustą stronę i ma ją uczynić atrakcyjniejszą wizualnie. Nikt nie używał fotografii jako środka komunikacji, a tak naprawdę między zdjęciem a tekstem nie ma różnicy pod względem dziennikarskim. Więc w moim własnym interesie jest to, żeby promować ten rodzaj fotografii.

rozmawiał minimal

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Leszek Możdżer (wywiad)

0

Z najlepszym polskim pianistą jazzowym (według ankiety czytelników miesięcznika „Jazz Forum”) Leszkiem Możdżerem udało nam się porozmawiać po jednym z jego recitali. Podczas koncertu kilka osób wyszło z sali.

rozmawial minimal i wodnica

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Minimal Bros – załoga

0

Rafał Hubert (minimal)

ur.1 listopada 1972 roku w Łodzi. Studia wyższe na Uniwersytecie Łódzkim na kierunku Filozoficzno-Historyczynym, Studium Projektowania i Reklamy w Łodzi na kierunku realizacji wizualnych i psychologii reklamy. W latach 1999-2002 dziennikarz serwisu www.empik.com. Obecnie Axel Springer Polska.

Zainteresowania:

Internet, fotografia, film, muzyka, kobitki.

Kontakt: minimal@kultura.org.pl

ICQ UIN: 34146822

www: http://minimal.blog.pl

Anna Magdalena Walusiak (wodnica)

ur. 10 lutego roku pamiętego Dziado-dejmkowego

filologia polska UAM w Poznaniu kursy dziennikarstwa radiowego (IAR, BBC, współorganizowane przez Fundację Batorego) warsztaty teatralne organizowane przez Teatr Biuro Podróży w Poznaniu. W latach 1999-2002 dziennikarz serwisu www.empik.com. Obecnie Polskie Radio SA

kontakt: wodnica@kultura.org.pl

ICQ UIN: mam ale nie dam

www: http://www.dzieci.bci.pl/strony/malgosiajoanna
mama Blues Blog

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Max Cavalera vs Minimal Bros

0

Max Cavalera – ex lider legendarnej Sepultury – odwiedził nasz kraj przy okazji koncertu jego nowej formacji czyli Soul Fly. Spotkaliśmy się z Maxem w warszawskim Mariocie i przemilczając mega bogolskie otoczenie przeszliśmy do rzeczy. Max wyczuł chyba fluidy i na nasz widok zmienił szybko koszulkie Faith No More na śliczny tiszert Sex Pistols.

Minimal Bros: A czy dobrym sposobem nie jest mieszanie tego, co najlepsze w modnym teraz brzmieniu z elementami heavy metalu i hard core, czy hip hopu? Czy to nie przyciągnęłoby fanów?

Max Cavalera: Tak, sądzę, że to mogłoby przyciągnąć ludzi, dlatego, że jest mnóstwo ciekawych kawałków, na przykład hip hopowych, które można z powodzeniem zmiksować z mocnym brzmieniem. Na płytach Soufly lubię mieszać hevy metal z hard core, reggae, a nawet spiritual, perkusja i tribal. Przesłanie Soufly jest eksperymentalne, ale mocne brzmienie jest po prostu mocne i nigdy nie wymięka.

Minimal Bros: Co to znaczy „pocha”? (śmiech)

Max Cavalera: … Pocha… (śmiech)

Minimal Bros: Praktycznie na każdej twojej płycie, słychać to słynne: „pocha”…

Max Cavalera: (śmiech) Pocha to jak „fuck”, jak „shit”. Właściwie nie da się tego przetłumaczyć. Można powiedzieć, że najlepszym jego synonimem jest angielskie „cum”. Ale tak naprawdę nie da się tego przetłumaczyć. W każdym razie jest to przekleństwo

Minimal Bros: Czy chcesz, żeby Twoja córka poznała tę muzykę? I te słowa? (śmiech)

Max Cavalera: Pewnie, uczę moje dzieci „brzydkich” słów po portugalsku. Przecież i tak by je poznały. To tak, jak w Ameryce mówi się „shit” albo „damn” lub „bastard”. To tylko słowa. Myślę, że to nawet zabawne. Sam chciałbym poznać jak najwięcej tego typu określeń w różnych językach. Może ktoś mnie nauczy czegoś pikantnego po polsku? (śmiech)

Minimal Bros: Właśnie znalazłeś nauczyciela (śmiech). Jeżdżąc po świecie obserwujesz i spotykasz się z wieloma ludźmi… Wiadomo, istnieją przepaści pomiędzy krajami, a sami fani wywodzą się z całkiem różnych środowisk? Jak to wygląda? Czy wpływa to na czytelność muzyki wśród odbiorców?

Nie, nie sądzę. Fani muzyki tego rodzaju są ludźmi, których łączy wręcz fanatyczna lojalność. To coś, co w nich uwielbiam. Zdarza się, że są dobre, popularne kapele, które jednak nie mają tak zwanej „bazy” fanów. Na przykład Limp Bizkit… Podoba mi się, że Soulfly nigdy nie straci swoich fanów – oni są po prostu obsesyjnie wierni – zaangażowani, tatuaże, fanatyzm. Szanuję ich i staram się zawsze dać im to, co najlepsze – dobrą muzykę i brzmienie za każdym razem lepsze niż poprzednio. Tak samo jest z koncertami – każdy następny musi być lepszy, każda płyta doskonalsza, to bardzo, bardzo ważne. Kocham naszą publiczność. Jest najlepsza.

Minimal Bros:Co sądzisz o kapelach typu Blink 182, kapelach, które są uważane przez media za punkrockowe, a zdobywają laury w popowych stacjach typu MTV?

Max Cavalera: Nie podoba mi się to – dla mnie to już nie jest punk. Dead Kenedys to bardziej punkowe brzmienie, nie dla grzecznych dziewczynek. To było coś! Ale wszystkie te kapele to moim zdaniem nic innego jak pop. Muzyka popularna. One s± jak owce która przywdziewają skórę wilka. Skóra spada, a pod nią widać tylko owcę.

Nie podoba mi się żadna z tych kapel. Dlatego właśnie wciąż słucham moich starych płyt – teraz nie ma nic równie dobrego. Myślę, że najbardziej godne zainteresowania są te grupy, które mają jakieś korzenie. System of a Down i Slikpnot, Slayer. Kapele takie jak Blink 128 to nie punk – oni są od tego tak dalecy, że nawet nie wiedzą co punk rock oznacza.

b>Minimal Bros: Czy fakt, że takie postacie jak Biafra nagrywają muzykę na przykad z Ministry daje nadzieje na to, że rynek muzyczny będzie drążony przez ludzi, którzy wyrośli na ruchu punkowym lat 70-tych i 80-tych i że w dalszej perspektywie coś zmieni się na rynku muzycznym i w sposobie myślenia ludzi?

Max Cavalera: Tak, mnóstwo jest ludzi, którzy łączą muzykę starych, dobrych czasów z najnowszymi trendami, i tworzą coś naprawdę dobrego. Biafra i Ministry – to było ekscytujące. Mocna muzyka przetrwa, przetrwa nawet te gówniane trendy. Przetrwamy, bo nasza muzyka ma w sobie pewien rodzaj głodu – głodu życia. I jest inna, niż cokolwiek poza nią!

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)

Trzaska & Świetlicki vs Minimal Bros A.D.1999

0

Mikołaj Trzaska i Marcin Świetlicki to jedne z najbardziej świetlistych gwiazd muzyki ostatniej dekady. Wyjątkowo płodni twórcy, którzy wnieśli do polskiej kultury powiew świeżości i intelektualnego fermentu. Związani z najistotniejszymi projektami muzycznymi naszej sceny ostatnich lat, takimi jak Miłość, Trupy, Świetliki, The Users i Kury, że wspomnę te najbardziej znane. Współkreowali ambitne i niezależne nurty muzyczne, stając się postaciami kultowymi. Spotkaliśmy się z nimi przy okazji koncertu w warszawskim Teatrze Małym, podczas którego prezentowali materiał z płyty będącej owocem ich spotkań, zatytułowanej Cierpienie i wypoczynek. Jest ona rejestracją studyjną niezwykłego materiału koncertowego, w którym muzyczny duet Świetlicki/Trzaska nadaje nową jakość tekstom i muzyce obu artystów.

Trzaska: Żeby nie przedłużać – od razu zacznę od płyty Cierpienie i wypoczynek… Ja jestem muzyk jazzowy, a Świetlicki jest śpiewak rockowy. To trochę jest tak, że miałem ochotę na trzeci gatunek. Jestem jak znudzony mężczyzna, który spróbował już kobiet, po jakimś czasie spróbował chłopców, a teraz ma ochotę spróbować zwierząt i znalazł spełnienie. I gatunek, który razem prezentujemy, w stu procentach mnie zadowala i daje mi pełnię szczęścia, nie licząc mojego życia rodzinnego, które jest dla mnie najważniejsze.

Świetlicki: To jest przyszłość muzyki, tylko że w tej przyszłości znajdzie się Trzaska i znajdzie się Świetlicki. To jest przyszłość, która umrze razem z nami. Nie ma przyszłości, bo jednakowoż nie wiem jak Mikołaj, ale ja jestem punkowcem. Hasło – No Future – jest mi bliskie, to znaczy, że przyszłość jest, ale nie dla każdego. O! na tej zasadzie, są tysiące osób, dla których nie ma przyszłości.

Minimal Bros: Jak to jest, gdy przestaje się chodzić a zaczyna jeździć taksówką?

Świetlicki: Hmm, ja mieszkam strasznie daleko od centrum i w pewnym momencie uznałem, że żadnymi nocnymi autobusami. I jeżdżę taksówkami, chociaż mnie nie stać na nie, ale kiedy mnie nie stać na taksówki, to wchodzę do ulubionej knajpy, a mam ulubionych knajp około dwudziestu w Krakowie i mówię barmanowi, że chcę wrócić do domu i on wyjmuje pieniądze, i nie zawsze chce, żebym oddawał później. Na tym to polega, wolę jeździć taksówkami, bo taksówkarze jadą wolno, ale przynajmniej dojeżdżają na miejsce, a z autobusami różnie to bywa. W taksówce jestem sam, taksówkarz ma bezbronne plecy, ja mam nóź, sytuacja jest czysta.

Minimal Bros: Słyszeliśmy, że planujecie ogromne tournee… 😉

Świetlicki: O tak, to jest ogromne tournee, w tym roku planujemy około dwustu tysięcy koncertów, ale na razie zagraliśmy pięć.

Trzaska: Ta płyta jest wynikiem naszych doświadczeń koncertowych, jest spontaniczna i zachowuje charakter koncertów. Cała muzyka, nie licząc tekstów, powstała na koncertach i zaczęliśmy grać koncerty, zanim umówiliśmy się, jaka to będzie muzyka. Postanowiliśmy, że będzie to powstawało w robocie i dlatego nie uważam się za autora muzyki, tylko dzielę to autorstwo z Marcinem, który, choć nie umie na niczym grać, to jest muzykiem. To wyjątkowy przykład. Jeszcze tylko dodam, że na płytę zaprosiliśmy paru gości i zagra między innymi Ewa Bem…

Świetlicki: … zagra w tej bardziej inteligentnej części.

Trzaska: Dodam, iż jest to materiał przemyślany który nas dwóch z Marcinem zjednał i którym warto się podzielić.

Minimal Bros: Co z ukochanym zespołem wszystkich zbieraczy MP3? Czy The Users żyć będzie, czy umarło i się nie podniesie?

Świetlicki: Mamy kwiecień i w miesiącu kwietniu zespół Users zagra dwa koncerty. Jeżeli te dwa koncerty okażą się udane, to zespół The Users nie umrze. Ale z zespołu Users może powstać nowy zespół, bo wszystko jest możliwe, rozmyślam dużo o płycie, która byłaby hołdem dla zespołu Kryzys, gdyż w The Users wykonujemy parę numerów z repertuaru Kryzysu na naszych koncertach, nic nie stoi więc na przeszkodzie, by nagrać płytę, która byłaby hołdem dla moich młodzieńczych fascynacji. Musze podkreślić – Kryzys to taki zespół, że jak usłyszałem go na koncercie w roku 80 na w Rotundzie w Krakowie, to pomyślałem, że ja bym chciał grać w tym zespole, choć ja nic nie umiałem wtedy, ale miałem sporo entuzjazmu. Teraz nie mam entuzjazmu, ale dotknąłem już Brylewskiego.

Minimal Bros: Czy nie ma rozdarcia miedzy tymi wszystkimi projektami? To są Świetliki, Miłość, The Users i tak dalej… Czy nie jest to bolesny rozziew?

Świetlicki: To jest bardzo bolesne i wynikają z tego całkiem inne pieniądze, w każdym przypadku. I jest częstszy i ostrzejszy ból, niż podczas dziewięciu miesięcy ciąży, jak myślę.

Trzaska: Jest to bolesne, bo chciałoby się tak wiele zrobić, a życie jest za krótkie, by wszystkie plany zrealizować. Coraz szybciej to wszystko idzie i jestem przerażony, bo praktycznie taka muzyka jak punkowa przyrosła do ludzi młodych, a przynajmniej w moim mniemaniu wciąż młodych się trzyma. I jak myślę o tych czasach (Kryzysu), to wspominam siebie jako bardzo małego, który chodził na te koncerty, a teraz mam taki zaszczyt, że gramy utwory tego zespołu i grają z nami muzycy z tego zespołu, i się z nimi stykamy różnymi częściami ciała. A czasami czuję się tak, jakbyśmy dotykali mumii i że nie ominie nas zemsta faraonów, i padniemy wszyscy na grzybicę albo inny wynalazek.

Świetlicki: Ale z drugiej strony niczego bardziej pozytywnego w życiu nie doznałem. I tak się kończy gadanie o noł fjuczer…

Trzaska: Mnie się zawsze fjuczer kojarzyło z czymś nie najlepszym i zawsze marzyłem, żeby energia Miłości i wszystkich zespołów, w których grałem, była punk rockowa. Ja tęsknię za energią punk rocka, podejściem do życia. Ja pamiętam zapach tego buntu i marzę, żeby wróciła ta atmosfera, ten zapach pozytywnego fermentu.

Minimal Bros: Co sadzicie o potencjalnym Fryderyku dla Andrzeja Wajdy?

Trzaska: A dajcie mu spokój, taki był z niego świetny reżyser, a teraz robicie z niego gwiazdę pop kultury…

Świetlicki: Zwłaszcza Panna Nikt… hmm…

Trzaska: … i film o narkomanach – Kanał, bardzo fajny. Mnie jest żal Wajdy, bo jak robił spokojnie filmy, to wszyscy go mieli w nosie, ale jak dostał po głowie tym kradzionym Oscarem, nagle wszyscy zapałali do niego chorą miłością. Mnie jest go żal, bo kocham Wajdę.

Świetlicki: Wczoraj w „Tygodniku Powszechnym” zrzuciliśmy się na wódkę i przyszedł do nas Andrzej Wajda do pracy. Dałem 10 złotych na tę wódkę, a wypiłem zaledwie małą pięćdziesiątkę i mam straszny żal…

Trzaska: … ale Wajdy mi żal, bo człowiekowi, który uprawia w cichości swój zawód przez cale życie, zrobiono krzywdę. Cichy, skromny…

Minimal Bros: …i nie poszedł nigdy na układy…

Trzaska: … o tym by można było rozmawiać, bo Wajda był jakimś wentylem z dawnych czasów i dobrze, bo lepiej być wentylem niż czymś większym i grubszym.

Świetlicki: Wajda zrobił genialny film o jazzowym perkusiście, którego grał Łomnicki…

Trzaska: … ależ oczywiście, ale to nie był film o prawdziwych ludziach, tylko o czarodziejach.

rozmawiał minimal

VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.17_1161]
Rating: 0 (from 0 votes)